W 2012 roku dziesiątki tysięcy Polaków wyszły na ulice, protestując przeciwko ACTA. Internet ogarnęła fala sprzeciwu, strony instytucji państwowych padały pod naporem ataków, a rząd Donalda Tuska znalazł się w centrum jednego z największych kryzysów dotyczących wolności w sieci. Czternaście lat później Sejm uchwalił ustawę przewidującą administracyjne nakazy blokowania nielegalnych treści internetowych, a w określonych sytuacjach także całych domen. Nowe regulacje przedstawiane są jako sposób walki z przestępczością i wdrożenie unijnego aktu o usługach cyfrowych. Ich krytycy dostrzegają jednak niepokojące podobieństwo do dawnych sporów o ACTA. Co więcej, pod pewnymi względami rozwiązania przyjęte w 2026 roku idą dalej niż słynne porozumienie sprzed lat. Tamto miało przede wszystkim wzmacniać ochronę własności intelektualnej. Dzisiejsze przepisy obejmują znacznie szerszy katalog treści, wskazują organy mogące nakazywać ich blokowanie i tworzą mechanizm ograniczania dostępu do domen internetowych. Czy zagrożenia, których obawiano się w 2012 roku, powracają dziś w bardziej konkretnej postaci?
Rok 2012. Kiedy Polska powiedziała ACTA zdecydowane „nie”
Styczeń 2012 roku zapisał się w historii polskiego internetu jako moment bezprecedensowego obywatelskiego sprzeciwu. Rząd Donalda Tuska zdecydował się na podpisanie międzynarodowego porozumienia ACTA (Anti-Counterfeiting Trade Agreement), którego oficjalnym celem było zwalczanie obrotu podrabianymi towarami oraz skuteczniejsze egzekwowanie praw własności intelektualnej. Choć dokument dotyczył również tradycyjnego handlu i podróbek produktów, to właśnie jego zapisy odnoszące się do środowiska cyfrowego wzbudziły największe kontrowersje.
Przeciwnicy porozumienia ostrzegali, że pod pretekstem ochrony praw autorskich możliwe stanie się wywieranie większej presji na dostawców internetu, zbieranie informacji o użytkownikach i ograniczanie dostępu do materiałów naruszających prawa własności intelektualnej. Szczególne obawy budził artykuł 27 ACTA, odnoszący się do egzekwowania prawa w środowisku cyfrowym. Przewidywał on między innymi rozwijanie mechanizmów współpracy mających przeciwdziałać naruszeniom oraz możliwość uzyskiwania informacji pozwalających identyfikować osoby podejrzewane o określone naruszenia.
ACTA nie wprowadzało jednak wprost obowiązku powszechnego monitorowania wszystkich internautów ani automatycznego odcinania użytkowników od sieci za pobieranie filmów czy muzyki. Problem polegał przede wszystkim na nieprecyzyjności niektórych zapisów i obawie, że państwa mogą wdrożyć je w sposób nadmiernie ingerujący w prywatność i swobodę komunikowania się. Krytycy podnosili, że dokument pozostawiał zbyt wiele miejsca na przyszłe interpretacje, a rozwiązania korzystne dla posiadaczy praw autorskich mogły prowadzić do ograniczania praw zwykłych użytkowników.
Społeczeństwo nie zamierzało jednak czekać na to, jak politycy i urzędnicy zinterpretują porozumienie. Protesty odbyły się w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu i wielu innych miastach. Charakterystyczne maski Guya Fawkesa stały się symbolem oporu wobec ACTA, a hasła dotyczące wolności internetu trafiły do głównego nurtu debaty politycznej. Do protestów dołączali ludzie o bardzo różnych poglądach, dla których istotna była wspólna obawa przed ograniczeniem praw użytkowników sieci.
Polska podpisała porozumienie 26 stycznia 2012 roku, ale narastający sprzeciw doprowadził do zmiany stanowiska rządu. Ostatecznie 4 lipca 2012 roku Parlament Europejski odrzucił ACTA stosunkiem 478 głosów przeciw, 39 za i 165 wstrzymujących się, definitywnie zamykając drogę do związania Unii Europejskiej tym porozumieniem.

Było to jedno z najbardziej spektakularnych zwycięstw obywatelskiego protestu przeciwko regulacjom internetu. Jednocześnie ustanowiło ważny precedens społeczny: nawet przepisy przedstawiane jako służące ochronie legalnych interesów mogą spotkać się z masowym oporem, jeżeli istnieją poważne wątpliwości dotyczące ich wpływu na podstawowe wolności.
Październik 2026. Regulacje powracają, ale na innych zasadach
8 października 2026 roku Sejm uchwalił nowelizację ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną oraz niektórych innych ustaw. Dokument, procedowany jako druk sejmowy nr 2693 wraz z późniejszymi sprawozdaniami i poprawkami, przewiduje mechanizmy ograniczania dostępu do określonych nielegalnych treści internetowych, administracyjne procedury nakazowe, kontrolę sądową oraz rejestr domen wykorzystywanych do rozpowszechniania nielegalnych materiałów.
Za ustawą zagłosowało 242 posłów, przeciw było 61, a 136 wstrzymało się od głosu. Dalsze 21 osób nie uczestniczyło w głosowaniu. Poparcie wyraziły przede wszystkim ugrupowania koalicji rządzącej, natomiast posłowie Prawa i Sprawiedliwości w większości wstrzymali się od głosu. Przeciwnikami ustawy byli między innymi parlamentarzyści Konfederacji i innych mniejszych ugrupowań. Dokument trafił do Senatu, a więc 9 października nie stanowi jeszcze obowiązującego prawa.

Oficjalnym uzasadnieniem nowych przepisów jest potrzeba skuteczniejszego reagowania na przestępstwa popełniane z wykorzystaniem internetu oraz dostosowanie polskiego systemu prawnego do unijnego aktu o usługach cyfrowych, czyli Digital Services Act (DSA). Regulacja ma umożliwiać walkę między innymi z internetowymi oszustwami, treściami przedstawiającymi seksualne wykorzystywanie dzieci, groźbami, kradzieżą tożsamości czy wybranymi naruszeniami praw autorskich.
Sama potrzeba przeciwdziałania takim działaniom nie budzi większych wątpliwości. Strony phishingowe wyłudzające dane bankowe, oszustwa inwestycyjne czy materiały dokumentujące przestępstwa seksualne stanowią rzeczywiste zagrożenia, na które państwo powinno umieć skutecznie reagować. Spór dotyczy jednak czegoś innego: czy właściwą odpowiedzią jest przyznanie organom administracyjnym kompetencji do wydawania nakazów ograniczających dostęp do treści oraz stworzenie mechanizmu blokowania całych domen internetowych?
To pytanie wykracza daleko poza bezpieczeństwo cyfrowe. Dotyka bowiem fundamentalnej relacji między obywatelem a państwem, a także granic uprawnień organów władzy do decydowania, jakie informacje mogą być dostępne w przestrzeni publicznej.
Stare ACTA chroniło przede wszystkim prawa autorskie. Nowe regulacje obejmują znacznie więcej
Najbardziej podstawowa różnica między ACTA z 2012 roku a polską ustawą z 2026 roku dotyczy zakresu regulacji. Międzynarodowe porozumienie ACTA koncentrowało się na egzekwowaniu praw własności intelektualnej. Jego autorzy chcieli wzmocnić walkę z podróbkami produktów, piractwem oraz innymi naruszeniami praw autorskich i własności przemysłowej. Kontrowersje związane z internetem stanowiły istotną, lecz nie jedyną część dokumentu.
Nowa polska ustawa obejmuje zdecydowanie szerszy katalog zachowań. Przewiduje możliwość ograniczania dostępu do treści, których rozpowszechnianie może wypełniać znamiona konkretnych czynów zabronionych. W katalogu znajdują się między innymi przestępstwa związane z oszustwami, bezprawnym podszywaniem się pod inne osoby, groźbami, określonymi przestępstwami seksualnymi, rozpowszechnianiem nielegalnej pornografii, naruszeniami praw autorskich oraz niektórymi formami nielegalnego handlu.
Nie oznacza to, że ustawa pozwala blokować dowolną wypowiedź uznaną za obraźliwą lub kontrowersyjną. Podstawą postępowania ma być powiązanie treści z konkretnymi przepisami prawa. Nie zmienia to jednak faktu, że zakres tematyczny nowej regulacji jest znacznie szerszy od zakresu dawnych przepisów ACTA.
Warto zwrócić uwagę na kwestię krytyki politycznej i wypowiedzi publicystycznych. Samo opublikowanie ostrej opinii o polityku, przedsiębiorcy czy instytucji nie stanowi podstawy do zablokowania materiału. Jednak w przypadku przepisów dotyczących wypowiedzi, których kwalifikacja prawna może zależeć od kontekstu, niezwykle istotne staje się to, kto dokonuje wstępnej oceny i jakie gwarancje proceduralne chronią autora.
To właśnie na tym poziomie pojawia się zasadniczy problem. O ile piracką kopię filmu czy fałszywą stronę logowania do banku można zwykle stosunkowo łatwo rozpoznać, o tyle ocena niektórych wypowiedzi publicznych wymaga uwzględnienia intencji, kontekstu, charakteru przekazu i wolności słowa. Nie zawsze jest to zadanie proste nawet dla sądu.
W 2012 roku protestowano przeciwko ryzyku nadmiernej ingerencji w internet pod pretekstem ochrony praw autorskich. W 2026 roku dyskusja dotyczy konkretnych narzędzi państwa obejmujących szerszą grupę nielegalnych treści. To jedna z najważniejszych przyczyn, dla których obecna ustawa może wzbudzać większe obawy niż dawne ACTA.
W 2012 roku obawialiśmy się blokad. W 2026 roku zapisano procedurę ich wykonywania
To prawdopodobnie najistotniejsza różnica między oboma dokumentami. ACTA było porozumieniem międzynarodowym, ustanawiającym określone ramy egzekwowania praw własności intelektualnej. Nie zawierało szczegółowego polskiego mechanizmu blokowania domen, prowadzonego przez konkretny urząd i wykonywanego przez operatorów telekomunikacyjnych w określonym terminie.
Tymczasem nowelizacja z 2026 roku przewiduje utworzenie rejestru domen internetowych wykorzystywanych do rozpowszechniania nielegalnych treści. Za jego prowadzenie ma odpowiadać Prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej. W razie spełnienia ustawowych warunków domena może zostać wpisana do rejestru, a dostawcy internetu będą zobowiązani do zablokowania dostępu do niej.
Przewidziany termin wykonania blokady wynosi 48 godzin od wpisania domeny do rejestru. Oznacza to, że operatorzy telekomunikacyjni będą uczestniczyć w egzekwowaniu decyzji wydanych w ramach nowej procedury. Dla użytkownika końcowego skutkiem może być brak możliwości otwarcia danej witryny za pośrednictwem jego dostawcy internetu.
Takie rozwiązanie istnieje już w Polsce w określonych obszarach. Funkcjonuje chociażby rejestr domen oferujących nielegalne gry hazardowe, a CSIRT NASK prowadzi listę ostrzeżeń dotyczącą witryn wykorzystywanych do oszustw. Nowa ustawa tworzy jednak odrębny mechanizm odnoszący się do szerszego katalogu nielegalnych treści.
Nie jest to równoznaczne z przyznaniem urzędnikom prawa do blokowania dowolnych stron. Procedura przewiduje ustawowe przesłanki i ograniczenia, a blokowanie domen ma być stosowane w określonych przypadkach, gdy inne środki okazują się nieskuteczne. Mimo to konsekwencje dla dostępu do informacji mogą być znacznie poważniejsze niż przy usunięciu pojedynczego wpisu.
Wyobraźmy sobie portal publikujący tysiące legalnych artykułów. Jeżeli pojawi się na nim materiał naruszający prawo, najwłaściwszą reakcją może być ograniczenie dostępu właśnie do tej publikacji. Zablokowanie całej domeny powodowałoby natomiast niedostępność również tych treści, które nie mają żadnego związku z naruszeniem. Właśnie dlatego niezwykle ważne są zasada proporcjonalności i stosowanie środka najmniej ingerującego w prawa użytkowników.
Dawne ACTA wzbudzało obawy dotyczące możliwych następstw przyszłych regulacji. Nowa ustawa wprost opisuje instytucje i procedury pozwalające ograniczać dostęp do nielegalnych treści oraz domen. Z punktu widzenia zakresu konkretnych narzędzi blokowania internetu jest to istotna różnica.
Kto będzie decydował, co znika z internetu? Największe kontrowersje budzi rola urzędników
W nowej ustawie istotną rolę odgrywają Prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej oraz Przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Organy te mają rozpatrywać określone sprawy dotyczące ograniczania dostępu do nielegalnych treści. W przypadku niektórych kategorii wypowiedzi, w szczególności odnoszących się do przestępstw określonych w artykułach 119, 256 i 257 Kodeksu karnego, przewidziano bezpośrednie rozstrzyganie przez sąd.
Wnioski będą mogły składać wskazane w ustawie podmioty, w tym Policja, prokuratura, właściwe organy Krajowej Administracji Skarbowej, Straż Graniczna w zakresie określonych przestępstw, a także pokrzywdzeni użytkownicy i podmioty uprawnione z tytułu praw autorskich.
Najważniejsza kontrowersja dotyczy jednak tego, że w znacznej części spraw pierwsze rozstrzygnięcie ma należeć do organu administracyjnego, a kontrola sądowa będzie uruchamiana poprzez wniesienie sprzeciwu.
Nie należy przy tym pomijać zabezpieczeń zawartych w projekcie. Ustawodawca przewiduje wymóg odpowiedniego udokumentowania naruszenia, możliwość przedstawienia stanowiska przez strony oraz mechanizmy sądowego kwestionowania rozstrzygnięć. Nie jest więc prawdą, że nowe przepisy całkowicie wyłączają sądy z procesu decydowania o blokowaniu treści.
Pytanie dotyczy jednak kolejności działań. Czy ingerencję w dostępność wypowiedzi powinien najpierw zatwierdzić niezależny sąd, czy też wystarczy decyzja organu administracyjnego, którą następnie można zaskarżyć? W pierwszym modelu kontrola sądowa jest elementem poprzedzającym ograniczenie praw. W drugim może stać się zabezpieczeniem uruchamianym dopiero po rozpoczęciu procedury administracyjnej.
Różnica jest fundamentalna z punktu widzenia ochrony wypowiedzi. Nawet jeśli autor ostatecznie wygra sprawę, wcześniejsze ograniczenie dostępności materiału może spowodować nieodwracalne skutki. Dotyczy to zwłaszcza publikacji dziennikarskich, informacji o bieżących wydarzeniach oraz materiałów istotnych dla debaty publicznej.
Właśnie dlatego krytycy modelu administracyjnego postulują, aby pierwszoplanową rolę w takich sprawach odgrywały sądy. Nie oznacza to, że każdy urzędnik będzie działał nierzetelnie. Oznacza natomiast uznanie, że o ograniczaniu praw podstawowych powinny rozstrzygać instytucje zapewniające możliwie najsilniejszą niezależność od bieżącej władzy politycznej.
Kontrola sądowa istnieje, ale czy zawsze zdąży zadziałać?
Jednym z argumentów przedstawianych na rzecz nowej ustawy jest możliwość kwestionowania decyzji przed sądem. Rzeczywiście, procedura przewiduje odpowiednie mechanizmy odwoławcze, a w części spraw sąd będzie rozstrzygał już na pierwszym etapie postępowania. Nie można więc przedstawiać regulacji jako całkowicie pozbawionej kontroli sądowej.
Problem dotyczy skuteczności tej kontroli i momentu, w którym może ona realnie ochronić prawa obywatela. W przypadku treści udostępnianych w internecie nawet krótkie ograniczenie dostępu może mieć poważne następstwa. Publikacja dotycząca ważnego głosowania sejmowego, afery gospodarczej czy kontrowersji związanej z działalnością instytucji publicznej może stracić aktualność po kilku dniach. Jeżeli dostęp zostanie przywrócony dopiero po rozstrzygnięciu sporu, odbiorcy mogli już nie mieć możliwości zapoznania się z materiałem wtedy, gdy był najbardziej istotny.
Dodatkową kwestią są wyjątki przewidujące natychmiastową wykonalność decyzji dotyczących szczególnie szkodliwych kategorii materiałów. Chodzi między innymi o określone treści związane z seksualnym wykorzystywaniem dzieci. W takich sprawach ustawodawca przewidział rozwiązania pozwalające na szybsze ograniczenie dostępu, co uzasadnia się koniecznością natychmiastowej ochrony potencjalnych ofiar.
Takie podejście ma racjonalne podstawy, ale wymaga zachowania odpowiednich gwarancji. Największym zagrożeniem byłoby bowiem stopniowe rozszerzanie wyjątków. Mechanizm wprowadzony początkowo dla najbardziej jednoznacznych i drastycznych naruszeń mógłby w przyszłości stać się wzorem dla kolejnych kategorii treści, w których granica legalności jest znacznie trudniejsza do wyznaczenia.
W debacie o wolności internetu nie wystarczy zapytać, czy obywatel może odwołać się do sądu. Trzeba również zapytać, czy decyzja zostanie wykonana przed rozpoznaniem sprzeciwu i czy ewentualne przywrócenie dostępu rzeczywiście naprawi wyrządzoną szkodę.
DSA nie nakazuje Polsce wprowadzenia dokładnie takiego modelu blokowania
Jednym z najważniejszych elementów debaty jest odwoływanie się przez autorów nowelizacji do unijnego aktu o usługach cyfrowych. Digital Services Act obowiązuje w pełnym zakresie od 17 lutego 2024 roku i ustanawia wspólne zasady dotyczące funkcjonowania usług pośrednich w internecie. Reguluje między innymi obowiązki platform, systemy zgłaszania nielegalnych treści, przejrzystość moderacji oraz prawa użytkowników.
DSA zawiera także artykuł 9, dotyczący nakazów podejmowania działań przeciwko nielegalnym treściom. Przepis ten określa wymagania, które muszą spełniać nakazy wydawane przez właściwe organy sądowe lub administracyjne. Nie oznacza to jednak, że Unia Europejska narzuciła Polsce dokładnie taki model procedury administracyjnej, jaki znalazł się w projekcie ustawy z 2026 roku.
Sam art. 9 DSA nie stanowi samodzielnej podstawy prawnej do wydawania nakazów usuwania konkretnych publikacji. Ich wydawanie musi znajdować oparcie w odpowiednich przepisach prawa unijnego lub krajowego. Państwa członkowskie mają więc przestrzeń do określenia własnych rozwiązań proceduralnych, z uwzględnieniem prawa europejskiego i ochrony praw podstawowych.
To ważna informacja, ponieważ w debacie publicznej wdrażanie europejskich przepisów bywa przedstawiane jako proces niemal automatyczny. Tymczasem wprowadzenie krajowej procedury administracyjnego blokowania treści, wybór organów wydających nakazy, ustanowienie rejestru domen czy określenie trybu sądowej kontroli stanowią również decyzje polskiego ustawodawcy.
Nie jest zatem precyzyjne twierdzenie, że cały mechanizm blokowania internetu opisany w nowelizacji został po prostu nakazany przez Brukselę. Nie byłoby też prawdą, że DSA w ogóle nie wymaga od Polski żadnych działań legislacyjnych. Unijne rozporządzenie nakłada obowiązki wymagające ustanowienia krajowych instytucji i zasad egzekwowania prawa. Spór dotyczy zakresu rozwiązań, które Polska zdecydowała się przyjąć.
Rząd może powoływać się na konieczność skutecznego stosowania DSA, ale powinien również wyjaśniać, które elementy ustawy wynikają bezpośrednio z obowiązków europejskich, a które są samodzielnym wyborem polskiego prawodawcy. To zasadnicze rozróżnienie w dyskusji o odpowiedzialności za nowe przepisy.
Porównanie ACTA 2012 i ustawy z 2026 roku
| Obszar | ACTA z 2012 roku | Ustawa z 2026 roku |
|---|---|---|
| Charakter regulacji | Międzynarodowa umowa handlowa | Polska ustawa krajowa |
| Główny cel | Egzekwowanie praw własności intelektualnej | Reagowanie na określone nielegalne treści internetowe |
| Zakres | Podróbki, prawa autorskie, własność przemysłowa | Oszustwa, określone przestępstwa, prawa autorskie i inne naruszenia |
| Blokowanie domen | Brak szczegółowego polskiego rejestru blokad w samym ACTA | Wyraźnie przewidziany rejestr domen prowadzony przez UKE |
| Rola administracji | Brak wskazania polskich organów wydających nakazy w tym trybie | Kompetencje między innymi Prezesa UKE i Przewodniczącego KRRiT |
| Rola sądów | Ogólne mechanizmy egzekwowania prawa i gwarancje proceduralne | Konkretna kontrola sądowa oraz bezpośrednia właściwość sądu w części spraw |
| Operatorzy internetu | Obawy o presję na dostawców i ich współpracę z uprawnionymi | Określone obowiązki realizacji nakazów i blokad domen |
| Identyfikacja użytkowników | Kontrowersyjny art. 27 ust. 4 dotyczący danych domniemanych naruszycieli | Nacisk przede wszystkim na procedurę ograniczania dostępu do treści |
| Status prawny | Odrzucone przez Parlament Europejski | Uchwalone przez Sejm 8 października 2026 roku, skierowane do dalszych prac |
| Najważniejsze kontrowersje | Prywatność, nieprecyzyjne przepisy, egzekwowanie praw autorskich | Administracyjne blokady, proporcjonalność, kontrola sądowa, dostęp do informacji |
Porównanie pokazuje, że nie są to dwa identyczne akty prawne. Stare ACTA wiązało się szczególnie z zagrożeniami dla prywatności oraz niejasnościami dotyczącymi metod egzekwowania praw własności intelektualnej. Nowa ustawa jest pod tym względem bardziej konkretna, zawiera wyraźnie opisane procedury i określone gwarancje prawne, ale jednocześnie tworzy instrumenty blokowania dostępu do znacznie szerszej kategorii treści.
Nowa ustawa może być oceniana jako dalej idąca od ACTA w zakresie operacyjnych narzędzi blokowania internetu, ale nie oznacza to automatycznie, że jest bardziej restrykcyjna w każdym obszarze ochrony praw obywatelskich. Dawne porozumienie wzbudzało bowiem dodatkowe obawy związane z prywatnością i potencjalnym monitorowaniem aktywności użytkowników.
Problem, którego nie było w 2012 roku: internet kontrolowany przez garstkę gigantów
Porównując obie regulacje, warto uwzględnić jeszcze jedną fundamentalną zmianę, jaka dokonała się w ciągu czternastu lat. Internet w 2012 roku wyglądał zupełnie inaczej niż współcześnie. Znacznie większą rolę odgrywały niezależne fora, strony internetowe i blogi, a platformy społecznościowe nie były jeszcze aż tak dominującymi pośrednikami w dostępie do informacji.
Dziś ogromna część debaty publicznej, komunikacji i dystrybucji treści odbywa się za pośrednictwem kilku globalnych platform. Ich właściciele już teraz posiadają niezwykle szerokie możliwości ograniczania zasięgu publikacji, usuwania wpisów, blokowania kont czy wykluczania użytkowników z określonych usług.
Niektóre decyzje moderacyjne podejmowane są automatycznie, z wykorzystaniem algorytmów i systemów rozpoznawania treści. W praktyce może to prowadzić do sytuacji, w której legalne publikacje zostają błędnie oznaczone jako naruszające regulamin, a użytkownik musi samodzielnie walczyć o ich przywrócenie.
Nowa ustawa nie tylko nakłada obowiązki na dostawców usług, ale również przewiduje możliwość administracyjnego nakazania przywrócenia treści niesłusznie ograniczonych z powodu ich rzekomej nielegalności. Jest to rozwiązanie korzystne z perspektywy ochrony użytkowników i nie powinno być pomijane przy analizie przepisów. Nie obejmuje jednak automatycznie wszystkich przypadków usuwania publikacji na podstawie prywatnych regulaminów.
Współczesny internet jest więc przestrzenią, w której na dostępność treści wpływają zarówno państwa, jak i prywatne przedsiębiorstwa. Największym wyzwaniem nie jest wyłącznie ochrona użytkowników przed ingerencją administracji, lecz również przed nadmierną i nieprzejrzystą moderacją stosowaną przez platformy internetowe.
W tym aspekcie porównanie z ACTA pokazuje, jak bardzo zmienił się charakter dyskusji. W 2012 roku obawiano się, że dostawcy internetu mogą zostać włączeni w szerszy system egzekwowania praw własności intelektualnej. W 2026 roku platformy już samodzielnie moderują ogromne ilości materiałów, a państwa tworzą dodatkowe mechanizmy nadzoru i reagowania na treści nielegalne.
Czy nowe przepisy mogą zostać wykorzystane przeciwko mediom i dziennikarzom?
Jednym z najbardziej wrażliwych obszarów stosowania przepisów dotyczących treści internetowych jest działalność dziennikarska. Media publikujące materiały śledcze, ujawniające nadużycia lub opisujące działalność osób publicznych regularnie spotykają się z zarzutami dotyczącymi naruszenia prawa. Niektóre z nich są uzasadnione, inne wynikają z konfliktu interesów pomiędzy autorami publikacji a jej bohaterami.
Właśnie dlatego procedury ograniczania dostępu do treści powinny szczególnie dokładnie uwzględniać kontekst publikacji i jej znaczenie dla interesu publicznego. Inaczej należy oceniać stronę stworzoną w celu kradzieży danych klientów banku, a inaczej artykuł dziennikarski opisujący mechanizm takiego oszustwa i prezentujący materiały pochodzące od przestępców.
Przykładowo redakcja ostrzegająca przed wyłudzeniami może zamieszczać zrzuty ekranów fałszywych stron internetowych, fragmenty wiadomości wysyłanych przez oszustów czy opisy przestępczych metod działania. Sama obecność takich materiałów nie oznacza, że redakcja uczestniczy w przestępstwie. Istotny jest cel publikacji, sposób przedstawienia treści i ich kontekst.
Podobny problem dotyczy dokumentowania działalności środowisk ekstremistycznych, publikowania materiałów historycznych czy krytycznej analizy propagandy. Przedstawienie fragmentu nielegalnego przekazu w celu jego omówienia nie musi być równoznaczne z jego propagowaniem. Rozróżnienia tego nie można sprowadzać do mechanicznego sprawdzenia, czy w materiale występują określone słowa albo symbole.
Najbardziej niebezpiecznym scenariuszem byłoby stosowanie przepisów bez należytego uwzględnienia kontekstu wypowiedzi. Nie wynika z tego, że nowe przepisy automatycznie pozwalają cenzurować dziennikarzy. Wynika natomiast, że ich stosowanie wymaga szczególnej ostrożności wszędzie tam, gdzie naruszenie prawa nie jest oczywiste.
Czy państwo może wykorzystać nowe narzędzia do uciszania przeciwników?
To jedno z pytań, które naturalnie pojawia się przy analizie rozwiązań pozwalających organom administracji ingerować w dostęp do informacji. Nie ma podstaw, aby twierdzić, że nowa ustawa została przygotowana w celu usuwania niewygodnych materiałów politycznych. Jej oficjalnym celem jest przeciwdziałanie określonym nielegalnym treściom, a katalog przesłanek wydawania nakazów został ustawowo ograniczony.
Nie oznacza to jednak, że ryzyko nadużyć można całkowicie zignorować. Każdy system przyznający władzy możliwość ingerowania w rozpowszechnianie informacji powinien być oceniany również pod kątem tego, jak może funkcjonować w przyszłości, w innych warunkach politycznych i pod kierownictwem innych osób.
Właśnie dlatego zabezpieczenia prawne powinny być projektowane nie z myślą o zaufaniu do konkretnego ministra, prezesa urzędu czy większości parlamentarnej, ale z założeniem, że z tych samych kompetencji będą korzystać również ich następcy.
Warto przypomnieć, że ustawy pozostają w systemie prawnym często znacznie dłużej niż rządy, które je uchwalają. Rozwiązanie wprowadzane dziś w celu przeciwdziałania jednemu rodzajowi zagrożeń może z czasem zostać rozbudowane o kolejne kategorie naruszeń. Każda taka zmiana będzie wymagała osobnej decyzji ustawodawcy, ale stworzenie infrastruktury prawnej i technicznej ułatwia późniejsze rozszerzanie jej zastosowania.
To mechanizm znany z wielu obszarów regulacyjnych. Państwo tworzy narzędzie przeznaczone do rozwiązania konkretnego problemu, a następnie pojawiają się propozycje wykorzystywania go także w innych sytuacjach. Nie jest przesądzone, że musi dojść do nadużycia, ale historia regulacji technologicznych pokazuje, jak ważne jest ograniczanie kompetencji do jasno zdefiniowanych celów.
Dobra ustawa powinna chronić obywatela nie tylko przed nadużyciami aktualnej władzy, lecz także przed niewłaściwym wykorzystaniem tych samych instrumentów przez każdą kolejną władzę.
Paradoks nowych przepisów. Skuteczniejsze blokowanie nie musi oznaczać skuteczniejszej walki z przestępczością
Istnieje jeszcze jeden aspekt wymagający uwagi. Samo zablokowanie domeny internetowej nie musi prowadzić do zakończenia działalności przestępczej. Oszuści od lat posługują się mechanizmami pozwalającymi błyskawicznie tworzyć nowe strony, zmieniać adresy internetowe i przenosić działalność pomiędzy dostawcami usług.
Fałszywa witryna inwestycyjna może zniknąć spod jednego adresu i powrócić pod kolejnym. Przestępcy mogą rejestrować domeny w różnych państwach, wykorzystywać przejęte strony internetowe, prowadzić kampanie reklamowe z wielu kont i kierować użytkowników do kolejnych kopii fałszywych serwisów.
Z tego względu skuteczność blokowania zależy nie tylko od szybkości działania administracji, ale także od współpracy międzynarodowej, identyfikowania sprawców, zabezpieczania infrastruktury wykorzystywanej do przestępstw i ograniczania możliwości rozpowszechniania oszukańczych reklam.
Warto przy tym pamiętać, że w Polsce funkcjonuje już lista ostrzeżeń prowadzona przez CSIRT NASK, pozwalająca reagować na strony wykorzystywane do phishingu. Nowa procedura nie zastępuje automatycznie wszystkich dotychczasowych narzędzi i nie oznacza, że dopiero teraz możliwe będzie przeciwdziałanie fałszywym witrynom.
Z punktu widzenia bezpieczeństwa użytkowników ważne jest także pytanie o realną skuteczność nowych regulacji. Ile przestępczych stron zostanie zablokowanych? Jak szybko będą rozpoznawane zgłoszenia? Ile decyzji zostanie uchylonych przez sądy? Czy zdarzą się blokady domen zawierających również legalne materiały?
To właśnie takie dane, a nie sama liczba wydanych nakazów, powinny służyć do oceny skuteczności nowego systemu. Mechanizm blokowania treści może ograniczać szkody, ale nie powinien być przedstawiany jako rozwiązanie wszystkich problemów związanych z cyberprzestępczością.
W 2012 roku społeczeństwo protestowało przeciwko możliwości nadużyć. Dziś dyskutujemy o konkretnych kompetencjach
Najciekawsze w zestawieniu obu regulacji jest to, jak zmienił się punkt ciężkości sporu. ACTA budziło przede wszystkim obawy związane z przyszłymi skutkami nieprecyzyjnych postanowień międzynarodowej umowy. Krytycy ostrzegali, że tworzone mechanizmy mogą prowadzić do ograniczania prywatności, zwiększania presji na dostawców usług oraz nadmiernego egzekwowania praw autorskich.
Wiele głośnych ostrzeżeń z 2012 roku dotyczyło jednak scenariuszy, których sam dokument wprost nie nakazywał. Dotyczyło to chociażby automatycznego odcinania wszystkich internautów od sieci za pobieranie nielegalnych kopii utworów. Obawy odnosiły się do kierunku, w jakim mogły podążyć późniejsze przepisy i praktyka ich stosowania.
W 2026 roku sytuacja jest inna. Polska ustawa szczegółowo wskazuje organy, procedury i obowiązki dostawców internetu. Nie trzeba więc wyobrażać sobie hipotetycznego rejestru blokowanych domen, ponieważ jego utworzenie zostało przewidziane wprost w przepisach. Nie trzeba również spekulować, czy organy administracyjne otrzymają możliwość podejmowania decyzji w takich sprawach, ponieważ projekt przyznaje im określone kompetencje.
Jednocześnie należy podkreślić, że nowa ustawa zawiera rozwiązania ochronne, których nie można ignorować. Przewiduje sądową kontrolę, określa katalog naruszeń i ustanawia również procedurę przywracania niesłusznie ograniczonych treści. Nie jest więc prostym powtórzeniem ACTA ani automatycznym rozszerzeniem jego postanowień.
Jeżeli jednak kryterium porównania stanowią konkretne możliwości administracyjnego blokowania treści i domen internetowych, regulacja z 2026 roku idzie dalej niż międzynarodowe ACTA z 2012 roku. Właśnie na tym polega najistotniejsza różnica pomiędzy oboma aktami.
Czy dzisiejszy internet rzeczywiście potrzebuje takich przepisów?
Internet w 2026 roku jest bez wątpienia przestrzenią znacznie bardziej rozbudowaną niż czternaście lat wcześniej. Rozwój handlu elektronicznego, bankowości internetowej, mediów społecznościowych i usług cyfrowych stworzył ogromne możliwości dla gospodarki, ale jednocześnie przyniósł nowe formy nadużyć.
Fałszywe reklamy inwestycyjne, phishing, przejmowanie kont, kradzież tożsamości czy rozpowszechnianie materiałów przedstawiających seksualne wykorzystywanie dzieci wymagają realnej reakcji państwa. Nie można oczekiwać, że wszystkie takie problemy zostaną rozwiązane wyłącznie poprzez dobrowolne działania przedsiębiorstw technologicznych.
Jednak skuteczność walki z przestępczością nie powinna być jedynym kryterium oceny przepisów. Równie ważna jest ich proporcjonalność. W demokratycznym państwie ochrona bezpieczeństwa musi pozostawać w równowadze z ochroną wolności słowa, prawa do informacji, prywatności oraz dostępu do niezależnego sądu.
Można wyobrazić sobie model, w którym najpilniejsze, jednoznaczne przypadki wymagają szybkiej reakcji, a materiały budzące wątpliwości są rozstrzygane przez wyspecjalizowany sąd. Można również stworzyć mechanizmy, w których decyzje administracyjne podlegają skutecznej i szybkiej kontroli, a blokowanie całych domen pozostaje środkiem wyjątkowym.
To właśnie konstrukcja tych zabezpieczeń decyduje o jakości regulacji. Sama deklaracja, że ustawa służy walce z przestępczością, nie wystarcza do oceny wszystkich jej konsekwencji. Z drugiej strony sam fakt wprowadzenia administracyjnych nakazów nie dowodzi jeszcze, że państwo będzie je wykorzystywać do politycznej cenzury.
Stare ACTA przegrało z protestami. Co stanie się z nową ustawą?
Ostateczny los ACTA z 2012 roku był konsekwencją ogromnego sprzeciwu społecznego oraz decyzji politycznych podjętych w Polsce i na poziomie Unii Europejskiej. Umowa została odrzucona przez Parlament Europejski, co uniemożliwiło jej wejście w życie w ramach Unii.
Nowa polska ustawa znajduje się na innym etapie. Sejm przyjął ją 8 października 2026 roku, jednak do zakończenia procesu legislacyjnego potrzebne są dalsze działania Senatu i prezydenta. Oznacza to, że mechanizmy opisane w uchwalonych przepisach nie zaczęły jeszcze funkcjonować.
Porównanie z ACTA może być szczególnie przydatne podczas oceny, czy nowe regulacje zapewniają odpowiednią ochronę praw użytkowników. W obu przypadkach pojawiają się pytania o rolę pośredników internetowych, proporcjonalność ograniczeń oraz możliwość ingerowania w dostępność informacji. Różnią się natomiast zarówno cele obu regulacji, jak i konkretne narzędzia prawne.
Przyjęta ustawa ma szerszy zakres przedmiotowy i tworzy bardziej szczegółowy system administracyjnych nakazów oraz blokowania domen. Jednocześnie zawiera wyraźniej określone procedury odwoławcze, a w niektórych kategoriach spraw przekazuje rozstrzyganie bezpośrednio sądom. Z tego powodu nie da się odpowiedzialnie stwierdzić, że jest bardziej restrykcyjna od ACTA pod absolutnie każdym względem.
Istnieją jednak konkretne powody, aby traktować ją jako dalej idącą w obszarze ograniczania dostępu do treści internetowych. ACTA było przede wszystkim międzynarodową próbą wzmocnienia egzekwowania praw własności intelektualnej. Ustawa z 2026 roku ustanawia natomiast szczegółowe krajowe procedury pozwalające nakazywać ograniczanie dostępu do określonych publikacji i domen.
ACTA 2012 kontra ACTA 2026. Najważniejsza lekcja pozostaje aktualna
Historia protestów przeciwko ACTA przypomina, że regulacje dotyczące internetu nie mogą być oceniane wyłącznie przez pryzmat celów deklarowanych przez ich autorów. Równie ważne są kompetencje przekazywane instytucjom państwowym, granice tych kompetencji i mechanizmy pozwalające obywatelom bronić swoich praw.
W 2012 roku największym problemem była niepewność co do przyszłego stosowania niektórych przepisów ACTA. W 2026 roku ustawodawca zaproponował bardziej konkretny system ograniczania dostępu do nielegalnych treści. Samo doprecyzowanie procedur jest istotną różnicą, ale jednocześnie oznacza stworzenie narzędzi, których konsekwencje będzie można oceniać już nie tylko teoretycznie, lecz również na podstawie rzeczywistych decyzji administracyjnych i sądowych.
Nowa ustawa jest dalej idąca od ACTA z 2012 roku w jednym kluczowym obszarze: tworzy konkretne mechanizmy blokowania treści i domen internetowych, podczas gdy dawne porozumienie koncentrowało się na międzynarodowych zasadach egzekwowania praw własności intelektualnej. To istotny powód do uważnego analizowania nowych przepisów, szczególnie w zakresie niezależnej kontroli i proporcjonalności stosowanych ograniczeń.
Najważniejszy wniosek z porównania obu aktów prawnych dotyczy jednak czegoś znacznie trwalszego niż spór o konkretne rozwiązania legislacyjne. Prawo regulujące internet powinno być tworzone w taki sposób, aby skutecznie chroniło obywateli przed przestępcami, a jednocześnie chroniło ich również przed możliwymi nadużyciami ze strony instytucji odpowiedzialnych za jego egzekwowanie. Bez zachowania tej równowagi nawet regulacje przygotowane w uzasadnionym celu mogą stać się źródłem nowych zagrożeń dla wolności informacji.

