W związku z przegłosowaniem przez Sejm ustawy cenzurującej Internet, postanowiliśmy przygotować krótką serię artykułów poświęconych historii ACTA – jednego z najbardziej kontrowersyjnych porozumień w dziejach współczesnego Internetu, które doprowadziło do masowych protestów na ulicach.
W styczniu 2012 roku tysiące Polaków wyszły na ulice, protestując przeciwko porozumieniu ACTA. Internetowe społeczności mobilizowały się na niespotykaną wcześniej skalę, strony rządowe padały ofiarą cyberataków, a politycy próbowali wytłumaczyć społeczeństwu, dlaczego Polska zamierza podpisać dokument, którego znaczna część internautów wcześniej nawet nie znała. Jednak historia ACTA nie zaczęła się w styczniu 2012 roku. Jej początki sięgają połowy poprzedniej dekady, gdy przedstawiciele największych gospodarek świata rozpoczęli prace nad międzynarodowym porozumieniem dotyczącym ochrony własności intelektualnej. Przez kolejne lata negocjacje prowadzono w sposób, który wzbudzał poważne zastrzeżenia organizacji obywatelskich, ekspertów i części parlamentarzystów. Dokumenty ujawniane przez WikiLeaks pozwalały zaglądać za kulisy rozmów, a europejskie instytucje zajmujące się ochroną danych ostrzegały przed potencjalnymi skutkami proponowanych rozwiązań. W Polsce organizacje społeczne sygnalizowały problem na długo przed masowymi demonstracjami, ale proces podpisania umowy postępował. Oto historia tego, skąd wzięło się ACTA, kto stał za jego powstaniem i dlaczego porozumienie mające zwalczać podróbki stało się jednym z najbardziej kontrowersyjnych projektów regulujących internet.
Zanim powstało ACTA, internet zmienił zasady gry
Aby zrozumieć, dlaczego pod koniec pierwszej dekady XXI wieku kilkanaście państw zdecydowało się pracować nad nowym porozumieniem dotyczącym ochrony własności intelektualnej, trzeba cofnąć się do czasów, gdy internet przestał być wyłącznie narzędziem komunikacji, a zaczął gwałtownie zmieniać sposób dystrybucji kultury, informacji i produktów. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych przemysł muzyczny opierał swój model biznesowy przede wszystkim na sprzedaży fizycznych nośników. Wytwórnie fonograficzne zarabiały na płytach CD, dystrybutorzy filmowi na kasetach VHS i płytach DVD, a dostęp do wielu utworów był uzależniony od tradycyjnych kanałów sprzedaży. Internet stopniowo zaczął burzyć ten porządek.
Przełomem okazał się rozwój sieci wymiany plików. Uruchomiony w 1999 roku Napster pokazał, że miliony użytkowników mogą wymieniać się muzyką bez kupowania fizycznego nośnika. Choć pierwotny Napster został zamknięty w 2001 roku po sporach sądowych z przemysłem muzycznym, samo zjawisko nie zniknęło. Wręcz przeciwnie. Popularność zdobywały kolejne systemy wymiany plików, takie jak Kazaa, eDonkey, eMule i BitTorrent. Szczególnie ten ostatni przyczynił się do rozwoju zdecentralizowanej dystrybucji dużych plików, ponieważ nie wymagał przechowywania całego materiału na jednym serwerze.

Dla użytkowników była to technologiczna rewolucja. Muzykę, filmy, oprogramowanie i gry można było odnajdywać w sieci z niespotykaną wcześniej łatwością. Dla posiadaczy praw autorskich stanowiło to natomiast poważne wyzwanie. Nielegalne rozpowszechnianie utworów istniało oczywiście wcześniej, ale internet pozwolił zwiększyć jego skalę przy minimalnych kosztach kopiowania. W odróżnieniu od fizycznych podróbek pojedyncza cyfrowa kopia mogła zostać powielona praktycznie nieograniczoną liczbę razy.
W pierwszych latach XXI wieku dochodziło więc do kolejnych konfliktów pomiędzy przemysłem rozrywkowym a operatorami usług internetowych. Wytwórnie muzyczne i filmowe podejmowały działania prawne przeciwko serwisom umożliwiającym wymianę plików, a w niektórych państwach również przeciwko indywidualnym użytkownikom. Organizacje reprezentujące posiadaczy praw autorskich przekonywały, że dotychczasowe narzędzia egzekwowania prawa nie nadążają za rozwojem technologii. Ich przeciwnicy wskazywali natomiast, że próby przenoszenia tradycyjnych zasad kontroli dystrybucji na internet mogą prowadzić do nadmiernego ograniczania prywatności i swobody komunikowania się.
Spór dotyczył również kwestii odpowiedzialności pośredników. Czy dostawca internetu powinien odpowiadać za materiały przesyłane przez swoich klientów? Czy właściciel serwisu przechowującego pliki ma obowiązek samodzielnie poszukiwać naruszeń? Czy posiadacz praw autorskich powinien mieć możliwość ustalenia tożsamości osoby, która udostępnia określone materiały? Odpowiedzi na te pytania różniły się w zależności od kraju, a brak jednolitych rozwiązań utrudniał prowadzenie działań na poziomie międzynarodowym.
Właśnie w tym otoczeniu zaczęła dojrzewać idea nowego porozumienia, które miało wzmocnić egzekwowanie praw własności intelektualnej ponad granicami państw. ACTA było więc odpowiedzią na rzeczywiste zmiany technologiczne i gospodarcze, ale proponowany sposób rozwiązania problemów szybko doprowadził do sporu o granice ingerencji w prawa użytkowników internetu.
Podróbki, leki, muzyka i filmy. ACTA od początku było czymś więcej niż ustawą antypiracką
Nazwa ACTA pochodzi od angielskiego Anti-Counterfeiting Trade Agreement, czyli umowy handlowej dotyczącej zwalczania obrotu towarami podrobionymi. Wbrew późniejszemu uproszczeniu, zgodnie z którym całe porozumienie miało służyć wyłącznie walce z pobieraniem filmów i muzyki, jego zakres był znacznie szerszy. Dokument dotyczył egzekwowania praw własności intelektualnej, a więc również znaków towarowych i innych praw związanych z działalnością gospodarczą.
Z perspektywy międzynarodowego handlu problem podróbek rzeczywiście miał istotne znaczenie. Na światowy rynek trafiały towary oznaczane bezprawnie znakami znanych marek, w tym odzież, elektronika, części samochodowe, kosmetyki czy produkty medyczne. W przypadku niektórych kategorii problem wykraczał poza straty finansowe przedsiębiorców. Niebezpieczne podróbki leków, wadliwe części techniczne lub produkty niespełniające norm bezpieczeństwa mogły stanowić zagrożenie dla zdrowia i życia konsumentów.
Jednocześnie ochrona patentów, znaków towarowych i praw autorskich nie jest tym samym. Każdy z tych obszarów obejmuje inne interesy, inne rodzaje naruszeń i inne mechanizmy prawne. Próba połączenia ich w jednym międzynarodowym porozumieniu od początku rodziła pytanie, czy narzędzia odpowiednie do zwalczania przemysłowej produkcji podrabianych towarów powinny być stosowane również wobec użytkowników wymieniających pliki w internecie.
W przypadku fizycznych podróbek mechanizmy kontroli bywają stosunkowo zrozumiałe. Służby celne mogą zatrzymać transport towarów noszących podrobione oznaczenia, a uprawniony przedsiębiorca może domagać się odpowiednich środków ochrony prawnej. Internet funkcjonuje jednak inaczej. Przesyłane dane nie przechodzą przez granicę państwa w taki sam sposób jak kontener z podrabianymi butami czy częściami samochodowymi. Ich kontrolowanie wiąże się z innymi konsekwencjami dla poufności komunikacji i prywatności użytkowników.
To właśnie połączenie dwóch odmiennych światów – tradycyjnego handlu towarami i cyfrowej wymiany informacji – sprawiło, że ACTA stało się czymś znacznie bardziej kontrowersyjnym niż zwykła umowa dotycząca walki z podróbkami. Porozumienie, którego nazwa sugerowała przede wszystkim zwalczanie fałszywych produktów, miało również obejmować szczegółowe zasady egzekwowania prawa w środowisku cyfrowym.
Kto wymyślił ACTA? Początki negocjacji sięgają 2006 roku
Geneza ACTA prowadzi przede wszystkim do Stanów Zjednoczonych i Japonii, które w połowie pierwszej dekady XXI wieku należały do najważniejszych inicjatorów rozmów dotyczących nowego międzynarodowego standardu egzekwowania praw własności intelektualnej. Prace koncepcyjne rozpoczęły się około 2006 roku, a w 2007 roku inicjatywa zaczęła przyjmować bardziej konkretną formę. Z czasem do rozmów włączono kolejnych partnerów, w tym Unię Europejską, Szwajcarię, Kanadę, Australię, Nową Zelandię, Koreę Południową, Meksyk, Maroko i Singapur.
Nieprzypadkowo wśród uczestników znalazły się państwa posiadające rozbudowane sektory nowoczesnych technologii, przemysłu rozrywkowego, farmaceutycznego i produkcji towarów markowych. Ochrona własności intelektualnej ma dla takich gospodarek istotne znaczenie finansowe. Przedsiębiorstwa inwestujące w badania, projekty produktów, znaki towarowe i tworzenie utworów zabiegają o mechanizmy utrudniające nielegalne kopiowanie ich dorobku. Nie jest niczym zaskakującym, że przedstawiciele tych branż popierali działania zmierzające do wzmocnienia międzynarodowych standardów ochrony.
Warto jednak rozróżnić interesy gospodarcze poszczególnych przedsiębiorstw od formalnego procesu tworzenia prawa. ACTA było negocjowane przez państwa i instytucje posiadające odpowiednie kompetencje, a nie podpisywane bezpośrednio przez wytwórnie filmowe czy koncerny farmaceutyczne. Nie oznacza to, że grupy branżowe nie próbowały wpływać na jego kształt. Przeciwnie – dostępne dokumenty i historia konsultacji wskazują, że przedstawiciele środowisk związanych z ochroną praw własności intelektualnej aktywnie interesowali się proponowanymi rozwiązaniami.
Problem polegał nie na samym udziale przedstawicieli biznesu w debacie, lecz na nierównowadze dostępu do informacji, którą zarzucano organizatorom procesu. Podczas gdy negocjacje miały charakter poufny, organizacje broniące praw użytkowników internetu przez długi czas nie dysponowały pełnym obrazem proponowanych zmian. W efekcie narastało przekonanie, że porozumienie o istotnych konsekwencjach dla milionów obywateli powstaje bez odpowiedniego udziału społeczeństwa.
Formalne negocjacje z udziałem Unii Europejskiej rozpoczęły się 3 czerwca 2008 roku, po przyjęciu przez Radę UE odpowiednich wytycznych 14 kwietnia tego samego roku. Później przeprowadzono jedenaście rund negocjacyjnych. Odbywały się one w różnych częściach świata, między innymi w Waszyngtonie, Tokio, Paryżu, Seulu, Guadalajarze, Wellington i Lucernie.
Z perspektywy dyplomatycznej był to proces wielostronnego uzgadniania skomplikowanych regulacji. Z perspektywy organizacji obywatelskich – przedsięwzięcie, które zbyt długo pozostawało poza wystarczającą kontrolą opinii publicznej.
Dlaczego nie WTO albo WIPO? Kontrowersyjny wybór drogi do porozumienia
Przed rozpoczęciem negocjacji ACTA na świecie istniały już międzynarodowe instytucje i porozumienia zajmujące się ochroną własności intelektualnej. Szczególnie ważną rolę odgrywała Światowa Organizacja Własności Intelektualnej (WIPO) oraz Światowa Organizacja Handlu (WTO). Ta druga była również związana z porozumieniem TRIPS, które ustanawiało minimalne standardy ochrony i egzekwowania praw własności intelektualnej w międzynarodowym handlu.
Dlaczego więc zdecydowano się na stworzenie kolejnego instrumentu prawnego? Zwolennicy ACTA argumentowali, że istniejące regulacje nie zapewniają dostatecznie skutecznego zwalczania naruszeń, szczególnie w warunkach globalizacji handlu i rozwoju gospodarki cyfrowej. Nowe porozumienie miało umożliwić grupie zainteresowanych partnerów wypracowanie bardziej zaawansowanych standardów współpracy bez konieczności uzyskiwania zgody wszystkich członków istniejących organizacji międzynarodowych.
Takie podejście miało jednak również polityczne konsekwencje. W ramach WTO i WIPO uczestniczą państwa o bardzo zróżnicowanych interesach gospodarczych. Dla bogatych krajów posiadających silne sektory technologiczne i rozrywkowe priorytetem może być rozszerzanie ochrony praw własności intelektualnej. Państwa rozwijające się mogą natomiast zwracać większą uwagę na dostępność leków, transfer technologii, koszty licencji czy możliwość korzystania z określonych rozwiązań bez nadmiernych obciążeń.
Negocjowanie ACTA w węższym gronie pozwalało uczestnikom szybciej uzgadniać preferowane rozwiązania, ale jednocześnie ograniczało udział państw, których interesy mogły wyglądać inaczej. Krytycy porozumienia wskazywali, że w ten sposób tworzony jest międzynarodowy standard, który w przyszłości może wywierać presję również na kraje nieuczestniczące w jego opracowywaniu.
Nie oznacza to, że negocjowanie porozumienia poza WTO czy WIPO było samo w sobie nielegalne. Państwa mają prawo zawierać odpowiednie umowy międzynarodowe. Istotą kontrowersji była raczej polityczna i społeczna legitymacja procesu, zwłaszcza gdy jego rezultatem miały być standardy wpływające na prawa użytkowników internetu oraz dostęp do dóbr chronionych własnością intelektualną.
ACTA miało być nowym standardem dla międzynarodowego egzekwowania praw własności intelektualnej, ale standard ten powstawał przede wszystkim w gronie państw najbardziej zainteresowanych wzmocnieniem ochrony. W opinii krytyków taki model negocjacji zwiększał ryzyko pomijania innych wartości, w tym ochrony prywatności, praw konsumentów i dostępu do informacji.
Negocjacje za zamkniętymi drzwiami. Dlaczego opinia publiczna nie znała szczegółów?
Jednym z najbardziej kontrowersyjnych aspektów ACTA od początku była poufność negocjacji. W dyplomacji nie stanowi ona zjawiska nadzwyczajnego. Państwa często uzgadniają projekty traktatów bez publicznego ujawniania wszystkich roboczych stanowisk, argumentując, że pozwala to swobodniej prowadzić rozmowy i dochodzić do kompromisów.
W przypadku ACTA poufność stała się jednak przedmiotem poważnego konfliktu. Organizacje społeczne zwracały uwagę, że negocjowany dokument nie dotyczy wyłącznie handlu pomiędzy państwami, ale może wpływać na prawa milionów osób korzystających z internetu. Jeśli porozumienie ma kształtować zasady identyfikowania użytkowników, współpracy operatorów z posiadaczami praw autorskich czy egzekwowania naruszeń w środowisku cyfrowym, społeczeństwo powinno mieć możliwość wcześniejszego zapoznania się z jego treścią.
Problem pogłębiał się wraz z kolejnymi doniesieniami o ograniczonym dostępie do dokumentów. Aktywiści, eksperci i przedstawiciele organizacji broniących praw cyfrowych próbowali ustalić, jakie konkretnie rozwiązania są rozważane. Odpowiedzi instytucji nie zawsze rozwiewały ich wątpliwości. Rosło przekonanie, że tak istotne porozumienie nie powinno być tworzone w modelu, w którym dopiero ujawnienie poufnych materiałów pozwala obywatelom dowiedzieć się o szczegółach negocjacji.
W marcu 2010 roku sprawa poufności stała się przedmiotem oficjalnej debaty w Parlamencie Europejskim. Eurodeputowani przyjęli rezolucję dotyczącą przejrzystości negocjacji ACTA, wskazując na potrzebę zapewnienia Parlamentowi i opinii publicznej odpowiedniego dostępu do informacji. Nie była to więc wyłącznie krytyka formułowana przez internetowych aktywistów. Zastrzeżenia dotyczące transparentności pojawiały się także wewnątrz europejskiego systemu instytucjonalnego.
Uczciwość historyczna wymaga jednak zaznaczenia, że negocjacje nie pozostały tajne aż do podpisania dokumentu. W kwietniu 2010 roku opublikowano skonsolidowany tekst projektu, a w listopadzie tego samego roku udostępniono jego uzgodnioną wersję. Problem dotyczył przede wszystkim wcześniejszych etapów rozmów, ograniczonego dostępu do roboczych stanowisk oraz możliwości realnego wpływu na treść dokumentu, zanim osiągnięto polityczny kompromis.
Właśnie tutaj tkwiła jedna z największych słabości procesu: możliwość zapoznania się z gotowym porozumieniem nie jest tym samym, co możliwość uczestniczenia w debacie nad jego kształtem. Gdy dokument jest już uzgodniony pomiędzy państwami, wprowadzanie istotnych zmian staje się politycznie i proceduralnie znacznie trudniejsze.
WikiLeaks ujawnia dokumenty ACTA. Pierwszy poważny wyłom w poufności
22 maja 2008 roku WikiLeaks opublikowało dokument dotyczący proponowanego amerykańskiego podejścia do ACTA, pochodzący z 2007 roku. Był to jeden z najważniejszych momentów we wczesnej historii porozumienia, ponieważ pozwolił opinii publicznej zapoznać się z materiałem dotyczącym inicjatywy, której szczegóły pozostawały dotychczas słabo znane poza gronem osób zaangażowanych w negocjacje.
Ujawniony dokument nie był ostatecznym tekstem porozumienia ani dowodem, że wszystkie zawarte w nim propozycje zostaną przyjęte. Przedstawiał jednak kierunek rozważań dotyczących przyszłych zasad egzekwowania praw własności intelektualnej. Znalazły się tam zagadnienia dotyczące współpracy pomiędzy państwami, działań przeciwko naruszeniom oraz egzekwowania praw w środowisku cyfrowym.
W lipcu 2008 roku WikiLeaks opublikowało kolejne materiały odnoszące się do negocjacji, między innymi zagadnień związanych z kontrolą graniczną i dochodzeniem roszczeń cywilnych. Dokumenty pokazywały, jak wiele szczegółowych kwestii było przedmiotem rozmów pomiędzy uczestnikami porozumienia. Dotyczyły one choćby uprawnień organów celnych, zatrzymywania podejrzanych towarów i udostępniania informacji posiadaczom praw.
Dla organizacji obywatelskich przecieki miały znaczenie wykraczające poza samą treść ujawnionych dokumentów. Stanowiły również dowód, że publiczna debata nad negocjowanymi rozwiązaniami jest możliwa i potrzebna. Dopiero możliwość zapoznania się z konkretnymi propozycjami pozwalała zadawać pytania o skutki prawne, zgodność z dotychczasowymi regulacjami oraz konsekwencje dla użytkowników internetu.
Trzeba przy tym uważać na częsty błąd pojawiający się w historycznych opisach ACTA. Nie wolno utożsamiać przecieków z 2008 roku z ostateczną treścią porozumienia uzgodnioną w 2010 roku. W toku negocjacji poszczególne propozycje były modyfikowane, usuwane lub zastępowane innymi. Ujawnienie kontrowersyjnego pomysłu nie oznacza automatycznie, że znalazł się on w podpisanym traktacie.
Mimo tego rozróżnienia publikacje WikiLeaks odegrały istotną rolę w nagłośnieniu sprawy. ACTA przestało być nieznanym projektem omawianym wyłącznie przez dyplomatów i ekspertów od własności intelektualnej. Zaczynało stawać się przedmiotem szerszej dyskusji o tym, kto powinien ustalać zasady korzystania z internetu i w jakim stopniu użytkownicy mają prawo kontrolować proces ich tworzenia.
Czy ACTA oznaczało koniec anonimowości w internecie?
Jednym z budzących największe obawy elementów ACTA były przepisy dotyczące egzekwowania praw własności intelektualnej w środowisku cyfrowym. Szczególnie istotny był artykuł 27 porozumienia, który odnosił się między innymi do współpracy przy zwalczaniu naruszeń oraz możliwości identyfikowania osób podejrzewanych o określone działania.
W ostatecznym tekście przewidziano możliwość upoważnienia właściwych organów do nakazania dostawcy usług internetowych ujawnienia posiadaczowi praw informacji wystarczających do zidentyfikowania abonenta, którego konto miało być wykorzystane do naruszenia. Nie był to jednak nieograniczony obowiązek udostępniania danych na każde żądanie przedsiębiorstwa. Przepis zakładał określone warunki i odwoływał się do obowiązujących przepisów oraz zasad ochrony praw podstawowych.
Mimo tych zastrzeżeń organizacje obywatelskie wskazywały na poważny problem. W tradycyjnym sporze dotyczącym praw autorskich uprawniony podmiot może próbować ustalić sprawcę naruszenia i dochodzić roszczeń na drodze prawnej. W internecie identyfikacja użytkownika często wymaga jednak przetwarzania danych związanych z jego aktywnością, takich jak adres IP i informacje przechowywane przez operatora.
To rodzi pytania o proporcjonalność. Czy podejrzenie udostępnienia pojedynczego utworu powinno uzasadniać ujawnienie danych abonenta? Jakie dowody powinien przedstawić podmiot żądający identyfikacji? Czy informacje mogą być przekazywane bez udziału sądu? Jak zapobiec masowemu kierowaniu żądań wobec przypadkowych użytkowników?
Problemy te nie były czysto teoretyczne. W wielu państwach rozwijały się modele egzekwowania praw autorskich opierające się na identyfikacji adresów IP i dochodzeniu roszczeń od abonentów. Jednocześnie adres IP nie zawsze pozwala bezspornie ustalić osobę odpowiedzialną za konkretne działanie. Z jednego łącza mogą korzystać członkowie rodziny, pracownicy przedsiębiorstwa, goście lub osoby nieuprawnione.
ACTA nie ustanawiało powszechnego obowiązku identyfikowania wszystkich internautów, ale wzmacniało międzynarodowe ramy współpracy przy egzekwowaniu praw własności intelektualnej. Właśnie dlatego eksperci zwracali uwagę, że szczegółowe zasady ujawniania danych i ich ochrony mają fundamentalne znaczenie dla prywatności użytkowników.
„Trzy ostrzeżenia i odcięcie internetu”. Skąd wzięła się jedna z największych obaw?
W debacie o ACTA szczególne emocje budziła koncepcja określana jako „three strikes”, czyli system stopniowanych reakcji na naruszanie praw autorskich. W najbardziej restrykcyjnej wersji zakładał on, że użytkownik podejrzewany o wielokrotne nielegalne udostępnianie utworów otrzymuje ostrzeżenia, a po kolejnych naruszeniach może stracić dostęp do internetu.
Podobne rozwiązania były przedmiotem dyskusji i prac legislacyjnych w niektórych państwach europejskich. Szczególnie znany był francuski model związany z instytucją HADOPI, który przewidywał stopniowane reagowanie na określone naruszenia praw autorskich. Sprawa budziła kontrowersje, ponieważ pozbawienie dostępu do internetu mogło wykraczać daleko poza konsekwencje samego naruszenia.
Już w 2010 roku Europejski Inspektor Ochrony Danych zwracał uwagę, że systemy oparte na szerokim monitorowaniu aktywności internautów i odcinaniu dostępu do sieci mogą być nieproporcjonalne. W opinii z 22 lutego 2010 roku wskazywano między innymi na ryzyko ingerencji w prywatność milionów osób, w tym użytkowników niepodejrzewanych o popełnienie żadnego naruszenia. Podnoszono również problem przetwarzania adresów IP, możliwości błędnej identyfikacji oraz poważnych skutków pozbawienia dostępu do internetu, który coraz częściej służył już nie tylko rozrywce, ale również pracy, edukacji i komunikacji.
Nie oznacza to jednak, że ostateczny tekst ACTA wprost wprowadzał zasadę automatycznego odcinania internautów po trzech ostrzeżeniach. Takiego obowiązku w podpisanym porozumieniu nie było. Co więcej, uczestnicy negocjacji w kwietniu 2010 roku podkreślali, że nie zamierzają narzucać państwom wprowadzenia takiego systemu.
Dlaczego zatem temat wywoływał tak duże emocje? Ponieważ eksperci obawiali się nie tylko literalnego brzmienia traktatu, lecz także jego potencjalnego wpływu na późniejsze rozwiązania krajowe. Jeżeli międzynarodowe porozumienie zwiększa presję na skuteczność egzekwowania praw autorskich, państwa mogą być zachęcane do przyjmowania narzędzi, które formalnie nie zostały wskazane w samym tekście umowy.
Istota obaw nie sprowadzała się więc do twierdzenia, że ACTA automatycznie odetnie każdego internautę od sieci. Chodziło o ryzyko stworzenia otoczenia prawnego sprzyjającego stosowaniu coraz bardziej ingerujących metod identyfikowania i ścigania użytkowników.
Europejski Inspektor Ochrony Danych ostrzega. To nie była wyłącznie internetowa panika
W późniejszej debacie o ACTA często pojawiał się argument, że protesty były wynikiem zbiorowego niezrozumienia skomplikowanego dokumentu. Rzeczywiście, niektóre rozpowszechniane wówczas twierdzenia były przesadzone lub nie znajdowały bezpośredniego potwierdzenia w ostatecznym tekście porozumienia. Nie oznacza to jednak, że wszystkie obawy były bezpodstawne.
Już 22 lutego 2010 roku Europejski Inspektor Ochrony Danych przedstawił oficjalną opinię dotyczącą negocjacji ACTA. Instytucja ta nie była grupą anonimowych aktywistów ani organizacją prowadzącą kampanię polityczną. Jej zadaniem była ocena zgodności działań instytucji europejskich z zasadami ochrony danych osobowych i prywatności.
Ówczesny inspektor Peter Hustinx zwracał uwagę, że ochrona własności intelektualnej jest istotnym interesem, ale nie może automatycznie przeważać nad prawami podstawowymi obywateli. Ostrzegał w szczególności przed metodami masowego monitorowania internetu, systemami stopniowanego karania użytkowników oraz nadmiernym przetwarzaniem danych osobowych w związku z egzekwowaniem praw autorskich.

Opinia wskazywała również, że monitorowanie aktywności użytkowników może prowadzić do zbierania informacji dotyczących osób, które nie popełniły żadnego naruszenia. Systemy automatycznego wykrywania potencjalnie nielegalnego udostępniania plików mogą generować błędne wskazania, a ustalenie rzeczywistego sprawcy wymaga niekiedy szczegółowej analizy prawnej i technicznej.
Zwrócono ponadto uwagę na proporcjonalność sankcji. Odcięcie dostępu do internetu mogło wpływać na pracę zawodową, życie społeczne i możliwość korzystania z usług publicznych. Nawet w 2010 roku, gdy cyfryzacja administracji i gospodarki była mniej zaawansowana niż współcześnie, podnoszono, że internet staje się infrastrukturą o podstawowym znaczeniu dla codziennego życia.
Warto pamiętać, że opinia powstała jeszcze w czasie trwania negocjacji, gdy część szczegółów porozumienia pozostawała nieustalona. Nie była zatem orzeczeniem stwierdzającym niezgodność gotowego ACTA z prawem europejskim. Stanowiła jednak oficjalny i merytoryczny sygnał, że proponowane kierunki regulacji wymagają poważnej analizy w zakresie ochrony prywatności i praw podstawowych.
To istotny fragment historii porozumienia. Zastrzeżenia dotyczące ACTA pojawiały się na długo przed masowymi protestami i nie ograniczały się do emocjonalnych wpisów na forach internetowych. Były przedmiotem analiz ekspertów, organizacji obywatelskich oraz instytucji europejskich.
Parlament Europejski domaga się jawności. Rok 2010 przynosi przełom
W marcu 2010 roku problem poufności negocjacji ACTA trafił na forum Parlamentu Europejskiego. Eurodeputowani przyjęli rezolucję dotyczącą przejrzystości prac, w której wyrażali zaniepokojenie ograniczonym dostępem do informacji i domagali się większej transparentności. Wynik głosowania był bardzo wyraźny: 633 posłów poparło rezolucję, 13 zagłosowało przeciw.
Było to wydarzenie o szczególnym znaczeniu politycznym. ACTA przestało być postrzegane wyłącznie jako techniczna umowa handlowa negocjowana przez ekspertów. Coraz wyraźniej dostrzegano, że jego przepisy mogą wpływać na prawa obywateli, a sposób prowadzenia negocjacji wymaga odpowiedniego demokratycznego nadzoru.
W kwietniu 2010 roku uczestnicy negocjacji zdecydowali się udostępnić skonsolidowaną wersję projektu. Był to istotny krok w kierunku większej przejrzystości. Publiczne ujawnienie tekstu pozwoliło ekspertom szczegółowo analizować proponowane zapisy, porównywać je z prawem europejskim i wskazywać konkretne obszary budzące wątpliwości.
Nie oznaczało to jednak zakończenia sporów. Negocjacje trwały dalej, a ujawnienie projektu nie usuwało automatycznie wszystkich obaw dotyczących jego treści. Organizacje obywatelskie podnosiły, że społeczeństwo uzyskało możliwość szerszej analizy dokumentu dopiero po długim okresie negocjacji, w czasie którego podejmowano już zasadnicze decyzje dotyczące jego kierunku.
Zwolennicy porozumienia wskazywali natomiast, że ACTA nie miało zastępować praw podstawowych ani wymuszać rozwiązań sprzecznych z dotychczasowymi regulacjami europejskimi. Komisja Europejska zapewniała, że dokument należy interpretować w zgodzie z istniejącym prawem Unii i że nie wprowadza on powszechnego monitorowania użytkowników internetu.
W ten sposób zarysował się konflikt, który miał później odegrać ogromną rolę w debacie publicznej. Z jednej strony instytucje odpowiedzialne za negocjacje przekonywały, że ACTA nie narusza istniejących praw. Z drugiej organizacje obywatelskie i eksperci pytali, dlaczego dokument o tak istotnych konsekwencjach powstawał przez długi czas poza wystarczająco otwartą debatą publiczną.
Stanowisko Parlamentu Europejskiego nie było jednak przez cały czas jednoznacznie krytyczne. W rezolucji z 24 listopada 2010 roku europosłowie przychylniej ocenili część wynegocjowanych rozwiązań, dostrzegając możliwość wzmocnienia egzekwowania praw własności intelektualnej. Jednocześnie podtrzymywali wymagania dotyczące ochrony praw podstawowych. Nie była to jeszcze formalna zgoda na zawarcie ACTA. Pokazuje to jednak, że późniejsze odrzucenie porozumienia nie stanowiło prostego finału niezmiennego stanowiska Parlamentu – jego ocena dokumentu ewoluowała.
Jedenaście rund negocjacji. Jak przez lata dopracowywano porozumienie
Negocjowanie ACTA nie było pojedynczym spotkaniem dyplomatów ani jednorazową decyzją polityczną. Formalny proces obejmował jedenaście rund rozmów, podczas których uczestnicy uzgadniali kolejne obszary regulacji. Dyskutowano o dochodzeniu roszczeń cywilnych, środkach karnych, działaniach organów celnych, współpracy międzynarodowej i egzekwowaniu praw własności intelektualnej w środowisku cyfrowym.
Poszczególne państwa nie zawsze miały identyczne stanowiska. Różnice dotyczyły między innymi zakresu ochrony poszczególnych praw, kompetencji właściwych organów oraz sposobu formułowania zobowiązań. Ujawniane wersje projektów pokazywały, że negocjacje były procesem stopniowego uzgadniania kompromisów, a nie prostym zatwierdzaniem jednego dokumentu przygotowanego wcześniej przez pojedyncze państwo.
Ostatnia, jedenasta runda negocjacyjna odbyła się w Tokio na przełomie września i października 2010 roku. Uczestnicy ogłosili osiągnięcie porozumienia w zasadniczych kwestiach, a 15 listopada 2010 roku poinformowano o uzgodnieniu ostatecznego tekstu. Dokument został następnie parafowany 25 listopada 2010 roku.

Lepszej jakości zdjęcia niestety nie znaleźliśmy.

Lepszej jakości zdjęcia niestety nie znaleźliśmy.
Warto podkreślić znaczenie tej chronologii. W chwili, gdy polskie społeczeństwo zaczęło masowo interesować się ACTA na początku 2012 roku, zasadniczy tekst porozumienia był uzgodniony już od ponad roku. Polityczne spory i obywatelskie protesty nie dotyczyły więc wówczas luźnej koncepcji, lecz gotowego dokumentu oczekującego na zakończenie odpowiednich procedur.
Ta sytuacja wyjaśnia również, dlaczego organizacje obywatelskie próbowały podnosić temat znacznie wcześniej. Po zakończeniu negocjacji możliwości zmiany tekstu międzynarodowej umowy były ograniczone. Państwa mogły przede wszystkim zdecydować, czy chcą się nią związać, a na poziomie Unii Europejskiej konieczne było przeprowadzenie odpowiednich procedur zatwierdzających.
Z perspektywy obywateli najważniejsze decyzje dotyczące kształtu ACTA zapadły na długo przed rozpoczęciem masowych protestów. Kiedy sprawa trafiła do głównego nurtu polskiej debaty, walka o zmianę poszczególnych zapisów coraz bardziej ustępowała walce o zatrzymanie całego procesu.
Polska znała ACTA przed styczniem 2012 roku. Ostrzeżenia pojawiały się znacznie wcześniej
Jednym z najważniejszych wątków całej historii jest reakcja polskich instytucji na zgłaszane zastrzeżenia. W powszechnej pamięci ACTA kojarzy się przede wszystkim ze styczniem 2012 roku, kiedy temat zdominował debatę publiczną. Dokumentacja z wcześniejszego okresu pokazuje jednak, że przedstawiciele organizacji społecznych sygnalizowali problemy znacznie wcześniej.
Polskie środowiska zajmujące się prawem internetu, wolnością informacji i ochroną prywatności śledziły negocjacje ACTA oraz próbowały doprowadzić do większej przejrzystości procesu. Istotną rolę odgrywały między innymi Internet Society Poland, Fundacja Panoptykon, Fundacja Nowoczesna Polska oraz prawnicy i eksperci zajmujący się prawami cyfrowymi.
Szczególnie ważne były spotkania przedstawicieli organizacji pozarządowych i blogerów z premierem Donaldem Tuskiem. Według zachowanego kalendarium Internet Society Poland temat ACTA oraz zastrzeżenia dotyczące jawności prac zostały podniesione już 18 maja 2011 roku. Do problemu powrócono następnie podczas kolejnego spotkania 7 lipca 2011 roku.
Te daty mają fundamentalne znaczenie dla historycznej oceny wydarzeń. Pokazują, że sprawa ACTA nie pojawiła się w otoczeniu premiera nagle wraz z pierwszymi protestami ulicznymi. Organizacje obywatelskie zwracały uwagę na porozumienie co najmniej kilka miesięcy wcześniej, wskazując na związane z nim wątpliwości.
Nie oznacza to automatycznie, że wszystkie ostrzeżenia były trafne ani że każdy przedstawiciel rządu znał szczegółowo każdą analizę prawną. Dokumentacja pozwala jednak stwierdzić, że problem został oficjalnie zasygnalizowany i nie był całkowicie nieznany osobom uczestniczącym w podejmowaniu decyzji politycznych.
Kiedy zaledwie kilka miesięcy później Polska stanęła w obliczu masowych protestów, można było zadać uzasadnione pytanie: dlaczego wcześniejsze ostrzeżenia organizacji społecznych nie doprowadziły do szerszej debaty publicznej przed podjęciem decyzji o podpisaniu ACTA?
Listy, spotkania i konsultacje. Rola polskich organizacji obywatelskich
Historia sprzeciwu wobec ACTA nie zaczęła się od Anonymous ani od młodych ludzi wychodzących na ulice w maskach Guya Fawkesa. Zanim porozumienie stało się tematem ogólnopolskich wiadomości, przez lata zajmowały się nim środowiska prawników, informatyków, ekspertów od ochrony danych oraz aktywistów walczących o prawa użytkowników internetu.
Jednym z najważniejszych nazwisk związanych z polską debatą był Piotr Waglowski, znany również jako VaGla, autor serwisu poświęconego prawnym aspektom społeczeństwa informacyjnego. Jego działalność koncentrowała się na analizowaniu przepisów, śledzeniu procesów legislacyjnych i zadawaniu pytań dotyczących transparentności działań państwa. ACTA wpisywało się w ten obszar zainteresowań jako przykład międzynarodowego porozumienia mogącego wpływać na krajowy system prawny oraz swobodę korzystania z internetu.

Ważną rolę odgrywało także Internet Society Poland, które dokumentowało historię negocjacji i działania podejmowane przez organizacje obywatelskie. Zachowane kalendaria oraz odwołania do wystąpień, pism i spotkań pozwalają dziś rekonstruować proces, który w okresie poprzedzającym protesty nie był szeroko relacjonowany przez największe media.
Fundacja Panoptykon zwracała natomiast uwagę na zagrożenia dla prywatności, ochrony danych i swobód obywatelskich. Jej działalność wpisywała się w szerszy europejski ruch organizacji analizujących skutki nadmiernego monitorowania komunikacji elektronicznej oraz wykorzystywania danych osobowych do egzekwowania prawa.
Wspólnym mianownikiem tych działań nie było przekonanie, że należy całkowicie zrezygnować z ochrony praw autorskich. Organizacje społeczne wskazywały przede wszystkim, że skuteczność egzekwowania prawa nie może być jedyną wartością decydującą o kształcie regulacji. Istotne są również proporcjonalność, kontrola sądowa, prywatność, przejrzystość procesu oraz możliwość udziału obywateli w debacie.
Dzisiaj, gdy historia ACTA bywa przedstawiana przede wszystkim poprzez spektakularne zdjęcia demonstrantów, łatwo przeoczyć wcześniejszą pracę wykonaną przez ekspertów i organizacje. Tymczasem bez tych działań trudniej byłoby zrozumieć, dlaczego w styczniu 2012 roku społeczeństwo otrzymało tak wiele szczegółowych argumentów dotyczących porozumienia.
ACTA stało się masowym protestem dopiero w 2012 roku, ale merytoryczne podstawy krytyki budowano znacznie wcześniej. To istotna różnica pomiędzy spontanicznym oburzeniem wywołanym medialnym wydarzeniem a wieloletnim sporem o sposób tworzenia przepisów dotyczących internetu.
16 listopada 2011 roku. Ministerstwo Kultury wnioskuje o zgodę na podpisanie ACTA
Jesienią 2011 roku proces związany z ACTA wszedł w Polsce w decydującą fazę. Tekst porozumienia został już uzgodniony na poziomie międzynarodowym, a państwa uczestniczące w pracach przygotowywały się do kolejnych etapów prowadzących do jego podpisania.
16 listopada 2011 roku Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego wystąpiło do Rady Ministrów z wnioskiem o wyrażenie zgody na podpisanie ACTA. Była to formalna czynność rozpoczynająca jeden z najważniejszych etapów polskiego procesu decyzyjnego. Ministerstwem kierował wówczas Bogdan Zdrojewski, pełniący funkcję ministra kultury i dziedzictwa narodowego.
W tym miejscu warto zwrócić uwagę na zasadniczy problem związany ze społecznym odbiorem porozumienia. Wniosek dotyczący podpisania ACTA nie był decyzją o marginalnym znaczeniu technicznym. Dotyczył umowy międzynarodowej obejmującej między innymi zasady egzekwowania praw własności intelektualnej w internecie, a więc obszar mający bezpośrednie znaczenie dla użytkowników i przedsiębiorców.
Z prawnego punktu widzenia zgoda na podpisanie umowy międzynarodowej i jej ratyfikacja nie są tym samym. Podpisanie dokumentu nie musi jeszcze oznaczać pełnego związania państwa wszystkimi jego postanowieniami. Może jednak stanowić ważny sygnał polityczny i otwierać drogę do dalszych działań zmierzających do związania się porozumieniem.
Dlatego moment wydania zgody na podpisanie ACTA miał znaczenie wykraczające poza formalną procedurę. Oznaczał, że polski rząd był gotów poprzeć dokument mimo zgłaszanych wcześniej wątpliwości dotyczących jego treści oraz sposobu prowadzenia negocjacji.
25 listopada 2011 roku. Rada Ministrów daje zielone światło
Dziewięć dni po skierowaniu wniosku przez Ministerstwo Kultury, 25 listopada 2011 roku, Rada Ministrów podjęła uchwałę nr 216/2011, wyrażając zgodę na podpisanie ACTA. Była to jedna z najważniejszych decyzji w polskiej historii tego porozumienia.
Warto raz jeszcze zestawić chronologię wydarzeń. W maju 2011 roku organizacje społeczne poruszały temat ACTA podczas spotkania z premierem. W lipcu powróciły do związanych z nim zastrzeżeń. W listopadzie Ministerstwo Kultury wystąpiło o zgodę na podpisanie dokumentu, a Rada Ministrów taką zgodę wyraziła.
Oznacza to, że polskie władze podjęły decyzję o rozpoczęciu procedury podpisania porozumienia po miesiącach publicznie dokumentowanych ostrzeżeń i interwencji. Nie można więc sprowadzać całej historii do tezy, że ACTA zostało nieoczekiwanie odkryte przez internautów dopiero w styczniu następnego roku.
Jednocześnie należy unikać nadinterpretacji. Sam fakt podjęcia uchwały nie dowodzi, że rząd zamierzał świadomie ograniczyć wolność internetu. Dokument miał oficjalnie służyć egzekwowaniu praw własności intelektualnej, a jego zwolennicy przedstawiali argumenty dotyczące potrzeby skuteczniejszej walki z naruszeniami. Uzasadnione pozostaje jednak pytanie o jakość debaty publicznej poprzedzającej decyzję oraz o to, czy społeczeństwo otrzymało wystarczającą możliwość zapoznania się z konsekwencjami porozumienia.
To właśnie ta różnica będzie później niezwykle istotna dla przebiegu protestów. Wielu uczestników demonstracji sprzeciwiało się nie tylko konkretnym przepisom ACTA, ale również sposobowi, w jaki przygotowywano i podejmowano decyzje dotyczące umowy.
Grudzień 2011 roku. Porozumienie zbliża się do podpisania, ale większość Polaków jeszcze o nim nie dyskutuje
16 grudnia 2011 roku Rada Unii Europejskiej podjęła decyzję dotyczącą podpisania porozumienia ACTA w imieniu Unii Europejskiej. Informacja o tej decyzji znalazła się w dokumentacji prac Rady, między innymi w komunikacie prasowym dotyczącym posiedzenia poświęconego rolnictwu i rybołówstwu.
Ten szczegół stał się później jednym z symboli problemów z przejrzystością procesu. Decyzja dotycząca porozumienia, które wkrótce miało wywołać największe protesty internetowe w historii Polski, została odnotowana w dokumentacji instytucji europejskiej w sposób, który trudno uznać za szczególnie eksponowany z perspektywy zainteresowania przeciętnego obywatela.
Nie oznacza to, że głosowanie odbyło się w całkowitej tajemnicy ani że dokumenty nie były formalnie dostępne. Problem polegał raczej na różnicy pomiędzy prawną dostępnością informacji a rzeczywistą świadomością społeczną. Decyzja może być opublikowana w dokumentach urzędowych, a mimo to nie stać się przedmiotem szerokiej debaty publicznej.
Samo przyjęcie rozstrzygnięcia podczas posiedzenia Rady zajmującej się rolnictwem i rybołówstwem nie oznaczało obejścia prawa. Rada Unii Europejskiej jest jednym organem działającym w różnych składach, a wcześniej uzgodnione sprawy mogą zostać przyjęte także przez skład zajmujący się inną dziedziną. Zarzut dotyczący niewystarczającej debaty publicznej trzeba więc odróżniać od zarzutu zastosowania nielegalnej procedury.
W grudniu 2011 roku porozumienie ACTA było już projektem o wieloletniej historii, posiadającym uzgodniony tekst i polityczne poparcie części państw. Jednocześnie w Polsce temat nadal pozostawał znacznie mniej rozpoznawalny niż kilka tygodni później.
Środowiska eksperckie i organizacje obywatelskie znały sprawę od lat. Przeciętny użytkownik internetu mógł jednak nie zdawać sobie sprawy, że przygotowywane jest międzynarodowe porozumienie dotyczące ochrony własności intelektualnej, którego przepisy będą przedmiotem fundamentalnego sporu o prawa cyfrowe.
Pod koniec 2011 roku ACTA znajdowało się więc w szczególnej sytuacji: politycznie proces był już bardzo zaawansowany, ale społeczna debata dopiero miała osiągnąć punkt kulminacyjny.
Co rzeczywiście groziło internautom? Oddzielmy fakty od mitów
Z dzisiejszej perspektywy historia ACTA wymaga zachowania szczególnej precyzji. W czasie masowych protestów w 2012 roku rozpowszechniano wiele twierdzeń dotyczących rzekomych konsekwencji porozumienia. Niektóre miały solidne podstawy w analizach prawnych, inne były znacznie dalej idącymi interpretacjami.
Nie jest prawdą, że ostateczny tekst ACTA wprowadzał automatyczny obowiązek odcinania internautów od sieci za trzykrotne naruszenie praw autorskich. Nie ustanawiał również powszechnego obowiązku monitorowania wszystkich wiadomości przesyłanych przez użytkowników internetu. Nie można też uczciwie twierdzić, że podpisanie dokumentu oznaczałoby natychmiastowe zablokowanie wszystkich stron umożliwiających wymianę plików.
Rzeczywiste kontrowersje były jednak wystarczająco poważne bez posługiwania się takimi uproszczeniami. ACTA przewidywało międzynarodowe standardy egzekwowania praw własności intelektualnej, obejmujące również środowisko cyfrowe. Zawierało przepisy dotyczące współpracy właściwych organów, możliwości identyfikowania określonych użytkowników oraz stosowania środków prawnych przeciwko naruszeniom.
Problemem była również możliwość oddziaływania porozumienia na przyszłe krajowe rozwiązania prawne. Umowy międzynarodowe nie funkcjonują w oderwaniu od systemów prawnych państw, które się nimi wiążą. Mogą wyznaczać kierunek późniejszych regulacji, tworzyć określone zobowiązania i wpływać na praktykę egzekwowania prawa.
Właśnie dlatego organizacje obywatelskie zwracały uwagę, że ocena ACTA nie powinna ograniczać się do poszukiwania jednego przepisu wprost nakazującego cenzurę internetu. Należało także zastanowić się nad konsekwencjami całego modelu egzekwowania praw własności intelektualnej, w tym nad rolą prywatnych przedsiębiorstw i dostawców usług internetowych.
Najpoważniejsze obawy dotyczyły nie automatycznej cenzury zapisanej w jednym artykule, lecz potencjalnego osłabienia proporcji pomiędzy ochroną praw własności intelektualnej a prawami podstawowymi użytkowników. To spór znacznie bardziej skomplikowany niż proste hasło, że ACTA miało „zabrać internet”.
ACTA było gotowe. Nikt nie przewidział jednak skali tego, co nastąpiło
U schyłku 2011 roku przedstawiciele państw zaangażowanych w ACTA mogli uznawać, że największa część pracy nad porozumieniem została wykonana. Negocjacje zakończono, tekst uzgodniono, a kolejne instytucje podejmowały decyzje pozwalające przejść do podpisania i dalszych procedur. Z perspektywy dyplomatycznej proces zmierzał do przewidywalnego zakończenia.
Organizacje broniące praw cyfrowych nie rezygnowały jednak z krytyki. Przez lata zwracały uwagę na brak wystarczającej przejrzystości, podnosiły kwestie ochrony prywatności i ostrzegały przed konsekwencjami rozwiązań dotyczących egzekwowania praw autorskich w internecie. Ich działania doprowadziły do zgromadzenia dokumentacji i argumentów, które wkrótce miały stać się fundamentem znacznie szerszego sprzeciwu.
W tej historii szczególnie istotny jest kontrast pomiędzy długotrwałym, technicznym procesem negocjacyjnym a późniejszą gwałtowną mobilizacją społeczną. ACTA powstawało przez lata, w ramach kolejnych spotkań dyplomatycznych i analiz prawnych. Tymczasem jego polityczna przyszłość miała zostać zakwestionowana w ciągu zaledwie kilku tygodni.
Nie wydarzyło się to dlatego, że nagle ujawniono jeden przepis, który wcześniej pozostawał całkowicie nieznany. Znacznie większe znaczenie miało połączenie kilku czynników: rosnącego znaczenia internetu w codziennym życiu, nieufności wobec procesu negocjacji, wcześniejszych ostrzeżeń ekspertów oraz możliwości błyskawicznej mobilizacji za pośrednictwem sieci.
W styczniu 2012 roku temat ACTA zaczął przedostawać się do szerokiej świadomości społecznej. Coraz więcej internautów dowiadywało się, że Polska zamierza podpisać porozumienie dotyczące egzekwowania praw własności intelektualnej. Rozpowszechniano analizy, komentarze, grafiki i wezwania do protestów. Do debaty zaczęły włączać się osoby, które wcześniej nie interesowały się ani prawem autorskim, ani międzynarodowymi negocjacjami handlowymi.
Wkrótce internetowe społeczności miały pokazać siłę, której politycy nie docenili. Pojawiły się akcje protestacyjne, cyberataki na strony instytucji publicznych, demonstracje uliczne i żądania wstrzymania podpisania porozumienia. Symbolem sprzeciwu stały się maski Guya Fawkesa, a słowo ACTA z technicznego terminu prawnego przeobraziło się w jedno z najgłośniejszych haseł polskiej debaty publicznej.

Porozumienie przygotowywane przez lata za stołami negocjacyjnymi miało wkrótce stać się przedmiotem jednego z największych obywatelskich buntów w historii polskiego internetu.
I właśnie tutaj rozpoczyna się druga część tej historii.

