W związku z przegłosowaniem przez Sejm ustawy cenzurującej Internet, postanowiliśmy przygotować krótką serię artykułów poświęconych historii ACTA – jednego z najbardziej kontrowersyjnych porozumień w dziejach współczesnego Internetu, które doprowadziło do masowych protestów na ulicach.


Przeczytaj część I: Czym było ACTA? Kulisy powstawania


Styczeń 2012 roku. Polski rząd przygotowuje się do podpisania międzynarodowego porozumienia ACTA, które od lat budzi zastrzeżenia organizacji zajmujących się prawami cyfrowymi. Przez długi czas temat pozostawał jednak niemal nieznany szerszej opinii publicznej. Wszystko zmienia się w ciągu zaledwie kilkunastu dni. Internet zaczyna wrzeć, Anonymous zapowiadają działania przeciwko polskim władzom, a strony Sejmu, ministerstw i innych instytucji stają się celem cyberataków. Wkrótce tysiące ludzi wychodzą na ulice Warszawy, Krakowa, Poznania, Wrocławia i dziesiątek innych miejscowości, żądając rezygnacji z podpisania porozumienia. Pojawiają się maski Guya Fawkesa, transparenty, hasła o wolności internetu i zarzuty dotyczące sposobu podejmowania decyzji przez polityków. Pomimo społecznego sprzeciwu Polska podpisuje ACTA 26 stycznia 2012 roku. Zamiast zakończyć spór, decyzja ta jeszcze bardziej podgrzewa atmosferę. W ciągu kilku następnych dni rząd Donalda Tuska przechodzi od stanowczej obrony swojej decyzji do zapowiedzi wstrzymania ratyfikacji. Oto historia jednego z największych buntów obywatelskich w dziejach polskiego internetu – opowiedziana przez pryzmat wydarzeń, ludzi i decyzji, które sprawiły, że techniczna umowa handlowa stała się symbolem walki o cyfrowe wolności.

Styczeń 2012 roku. Polska jeszcze nie wie, co ją czeka

Początek 2012 roku nie zapowiadał jednego z największych protestów społecznych w historii polskiego internetu. ACTA pozostawało zagadnieniem znanym przede wszystkim środowiskom eksperckim, organizacjom obywatelskim, prawnikom zajmującym się własnością intelektualną oraz osobom zainteresowanym prawem nowych technologii. W poprzedniej części naszej historii opisaliśmy, jak przez kilka lat negocjowano porozumienie, w jaki sposób stopniowo ujawniano jego treść i dlaczego międzynarodowy traktat dotyczący egzekwowania praw własności intelektualnej wzbudzał zastrzeżenia dotyczące prywatności, przejrzystości oraz odpowiedzialności dostawców usług internetowych.

Pod koniec 2011 roku sytuacja polityczna wydawała się stosunkowo stabilna. Rada Ministrów wyraziła już zgodę na podpisanie porozumienia, a na poziomie europejskim trwały formalne przygotowania do jego zawarcia. Organizacje obywatelskie nadal zgłaszały zastrzeżenia, jednak nie przekładały się one na równie intensywne zainteresowanie opinii publicznej. Temat nie dominował w serwisach informacyjnych, a znaczna część użytkowników internetu nie znała nawet rozwinięcia skrótu ACTA.

Warto przypomnieć, jak wyglądał wówczas polski internet. Facebook rozwijał się niezwykle szybko, ale ogromne znaczenie wciąż miały fora dyskusyjne, blogi, serwisy technologiczne, Wykop, komunikatory oraz portale internetowe. Wymiana informacji była mniej scentralizowana niż współcześnie, a popularne tematy mogły rozprzestrzeniać się równolegle w wielu niezależnych społecznościach. YouTube odgrywał już istotną rolę w dystrybucji nagrań, natomiast krótkie filmy na TikToku, współczesne rolki czy algorytmicznie zdominowane strumienie treści nie wyznaczały jeszcze zasad internetowej komunikacji.

To właśnie te społeczności miały wkrótce stać się zapleczem ogromnej mobilizacji społecznej. Mechanizm okazał się stosunkowo prosty: kolejne osoby udostępniały materiały na temat ACTA, organizacje publikowały analizy, użytkownicy przygotowywali grafiki i apele, a informacje zaczęły trafiać do ludzi, którzy wcześniej nie interesowali się międzynarodowymi porozumieniami. Jednocześnie internet sprzyjał szybkiemu rozpowszechnianiu uproszczeń, przesadzonych ostrzeżeń i błędnych interpretacji. Dla jednych ACTA stanowiło zagrożenie dla prywatności, dla innych zapowiedź powszechnej cenzury, a jeszcze inni zaczynali utożsamiać je z możliwością całkowitego ograniczenia dostępu do internetu.

W ciągu kilkunastu dni projekt znany wąskiej grupie ekspertów stał się przedmiotem debaty milionów użytkowników. Politycy mieli przekonać się, że internet nie jest już wyłącznie miejscem komentowania decyzji władzy, ale również narzędziem organizowania realnego sprzeciwu.

16 stycznia. Organizacje obywatelskie po raz kolejny alarmują premiera

Na długo przed największymi protestami organizacje obywatelskie próbowały zwrócić uwagę władz na zagrożenia związane z ACTA. Nie były to działania podjęte dopiero pod wpływem internetowego oburzenia. Przedstawiciele środowisk zajmujących się prawami cyfrowymi podejmowali interwencje już w poprzednich latach, a temat pojawiał się między innymi podczas spotkań z przedstawicielami rządu w 2011 roku. Mimo tych działań formalny proces zmierzający do podpisania porozumienia nadal postępował.

16 stycznia 2012 roku organizacje pozarządowe wystosowały kolejny apel do Prezesa Rady Ministrów w sprawie ACTA. Zwracały uwagę na kontrowersje dotyczące porozumienia, sposób prowadzenia prac oraz potrzebę rzetelnej debaty przed podjęciem kolejnych decyzji. Był to jeden z ostatnich momentów, w których sprawa mogła zostać rozpatrzona przede wszystkim na poziomie konsultacji, bez presji towarzyszącej masowym protestom.

Znaczenie tego apelu było większe, niż mogłoby się wydawać. Późniejsza debata często przedstawiała sprzeciw wobec ACTA jako gwałtowną reakcję internautów, którzy dopiero co usłyszeli o projekcie. Tymczasem zachowane kalendaria wydarzeń pokazują, że organizacje społeczne od dłuższego czasu próbowały uzyskać odpowiedzi na konkretne pytania. Dotyczyły one między innymi zasad ujawniania danych użytkowników, odpowiedzialności pośredników internetowych, zgodności porozumienia z prawem europejskim oraz przejrzystości samego procesu negocjacyjnego.

Problem polegał na tym, że działania eksperckie i pisma kierowane do instytucji państwowych nie wywoływały reakcji porównywalnej z późniejszą presją społeczną. Dopiero gdy sprawa zaczęła interesować setki tysięcy internautów, ACTA trafiło do centrum politycznej debaty. Pokazało to fundamentalną słabość procesu: zastrzeżenia formułowane przez organizacje społeczne przez wiele miesięcy nie doprowadziły do zatrzymania procedury, podczas gdy masowa mobilizacja obywateli miała w ciągu kilku tygodni wymusić ponowną ocenę decyzji rządu.

18 stycznia. Wikipedia gaśnie, a świat protestuje przeciw SOPA i PIPA

18 stycznia 2012 roku miliony użytkowników internetu zetknęły się z niecodzienną sytuacją. Anglojęzyczna Wikipedia przestała udostępniać swoje artykuły w zwykłej formie, zastępując je komunikatem protestacyjnym. Była to część szerokiej mobilizacji przeciwko amerykańskim projektom Stop Online Piracy Act (SOPA) oraz Protect IP Act (PIPA), które miały wzmocnić walkę z internetowym naruszaniem praw autorskich. Do protestu przyłączyły się również inne serwisy internetowe, w tym Reddit, a Google umieściło widoczny komunikat dotyczący sprzeciwu wobec proponowanych regulacji.

W tym miejscu trzeba wyraźnie odróżnić trzy projekty, które w ówczesnej debacie często wrzucano do jednego worka. SOPA i PIPA były amerykańskimi inicjatywami ustawodawczymi, natomiast ACTA stanowiło międzynarodowe porozumienie handlowe. Dokumenty nie były identyczne i nie przewidywały dokładnie tych samych rozwiązań. Łączył je jednak szerszy kontekst sporów o egzekwowanie praw autorskich w internecie oraz obawy związane z potencjalnym ograniczaniem dostępu do informacji.

Protest Wikipedii miał ogromne znaczenie symboliczne. Serwis, który dla milionów ludzi był jednym z podstawowych źródeł wiedzy, pokazał, że proponowane regulacje mogą stać się przedmiotem sprzeciwu nie tylko niszowych aktywistów, ale także największych internetowych społeczności. Użytkownicy, którzy dotąd traktowali funkcjonowanie sieci jako coś oczywistego, nagle zobaczyli komunikat informujący, że jej przyszłość może zależeć od decyzji politycznych.

W Polsce wydarzenia te zbiegły się z rosnącym zainteresowaniem ACTA. Choć protest przeciw SOPA i PIPA nie był bezpośrednią akcją przeciwko polskiemu rządowi, pomógł stworzyć atmosferę sprzeciwu wobec regulacji postrzeganych jako zagrożenie dla swobody korzystania z internetu. Przede wszystkim pokazał skuteczność symbolicznego wyłączania popularnych usług i organizowania szerokich akcji informacyjnych.

Dla polskich internautów był to sygnał, że kwestia wolności internetu nie jest abstrakcyjnym problemem prawnym. Dotyczy usług używanych każdego dnia, możliwości dzielenia się informacjami oraz sposobu działania platform, które stawały się coraz ważniejszym elementem życia społecznego. Światowy protest przeciw SOPA i PIPA nie był początkiem ACTA, ale stworzył bardzo korzystne warunki dla gwałtownej mobilizacji przeciwko porozumieniu podpisywanemu przez Polskę.

19 stycznia. Rząd potwierdza zamiar podpisania porozumienia

19 stycznia 2012 roku odbyło się spotkanie w ramach Grupy Dialog, służącej kontaktom przedstawicieli administracji z organizacjami i środowiskami zajmującymi się zagadnieniami internetu. Podczas spotkania strona rządowa poinformowała, że zapadła decyzja dotycząca podpisania ACTA. Dla osób, które od miesięcy domagały się ponownego przeanalizowania porozumienia, była to wiadomość potwierdzająca, że rząd nie zamierza wstrzymać procesu.

Tego samego dnia zaczęły nasilać się protesty internetowe. Informacje o planowanym podpisaniu ACTA rozchodziły się po portalach społecznościowych, forach, blogach i serwisach informacyjnych. Powstawały wydarzenia zachęcające do manifestacji, użytkownicy przygotowywali grafiki z hasłami sprzeciwu, a kolejne osoby zaczynały śledzić historię negocjacji. Z dokumentu omawianego wcześniej przede wszystkim przez ekspertów ACTA stawało się tematem codziennych rozmów.

Ważną rolę odegrał sposób, w jaki użytkownicy internetu interpretowali całą sytuację. Nie chodziło wyłącznie o niechęć wobec wzmacniania praw autorskich. Wielu protestujących uważało, że państwo zbyt długo prowadziło prace bez wystarczająco przejrzystej debaty, a obywatele zostali postawieni przed faktem dokonanym. Pytanie o to, co dokładnie przewiduje porozumienie, zaczęło więc łączyć się z pytaniem o jakość procesu demokratycznego.

Nie bez znaczenia była także rosnąca nieufność wobec zapewnień, że proponowane regulacje nie będą miały negatywnych konsekwencji. Przez lata eksperci i organizacje obywatelskie wskazywali na potencjalne problemy z ACTA, a teraz użytkownicy dowiadywali się, że polski rząd zamierza je podpisać mimo istniejących zastrzeżeń.

19 stycznia rozpoczął się etap, w którym sprawy nie dało się już sprowadzić do technicznej dyskusji o egzekwowaniu praw własności intelektualnej. ACTA stawało się symbolem sporu pomiędzy instytucjami państwowymi a użytkownikami internetu, którzy domagali się większej kontroli nad decyzjami dotyczącymi ich cyfrowych praw.

Anonymous wkraczają do gry. Strony polskich instytucji stają się celem cyberataków

Wieczorem 21 stycznia 2012 roku rozpoczęły się ataki na witryny polskich instytucji państwowych. W kolejnych godzinach problemy z dostępnością dotykały między innymi stron Sejmu, Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Działania wiązano z aktywnością osób występujących pod szyldem Anonymous, międzynarodowego ruchu internetowego znanego z operacji wymierzonych w instytucje publiczne, przedsiębiorstwa i organizacje.

Ataki przybierały przede wszystkim postać DDoS, czyli rozproszonej odmowy dostępu do usługi. W takim przypadku systemy informatyczne są zalewane ogromną liczbą żądań lub ruchem sieciowym, przez co zwykli użytkownicy nie mogą korzystać z witryny. Nie oznacza to automatycznie włamania do bazy danych, przejęcia serwerów czy kradzieży informacji. Celem ataku DDoS jest przede wszystkim utrudnienie lub uniemożliwienie działania określonej usługi.

22 stycznia CERT Polska opublikował analizę trwających ataków. Zespół potwierdził, że od sobotniego wieczoru wiele witryn w domenie gov.pl doświadczało działań wymierzonych w ich dostępność. Wśród wskazanych celów znajdowały się między innymi strony parlamentu, Ministerstwa Spraw Zagranicznych oraz ABW. Informacje dotyczące ataków rozpowszechniano przez Twittera, Facebooka i kanały IRC związane ze środowiskiem Anonymous.

Istotnym narzędziem wykorzystywanym przez część uczestników było LOIC, czyli Low Orbit Ion Cannon. Program umożliwiał wysyłanie dużej liczby żądań do wskazanego serwera. Jego stosowanie nie wymagało zaawansowanej wiedzy o zabezpieczeniach systemów, co sprawiało, że do działań mogły przyłączać się osoby bez doświadczenia w przeprowadzaniu cyberataków. Nie oznaczało to jednak, że korzystanie z tego typu narzędzi było legalną formą protestu. Celowe zakłócanie działania systemów informatycznych może stanowić przestępstwo.

Analitycy CERT Polska zwracali uwagę na jeszcze jeden interesujący aspekt wydarzeń. Obserwacja kanałów komunikacyjnych wskazywała, że część osób uczestniczących w atakach nie posiadała większej wiedzy o ACTA. Niektórzy traktowali udział przede wszystkim jako możliwość wywołania zamieszania lub sprawdzenia skuteczności prostych narzędzi. To ważne rozróżnienie, ponieważ protesty przeciw ACTA nie stanowiły jednolitego ruchu kierowanego przez jedną organizację, a motywacje uczestników były bardzo zróżnicowane.

Cyberataki nie były tym samym co legalne demonstracje uliczne, publikowanie petycji czy organizowanie akcji informacyjnych. Wydarzenia te często występowały obok siebie i w debacie publicznej bywały przedstawiane jako jeden bunt internetu, ale ich charakter prawny i metody działania zasadniczo się różniły.

Operacja przeciw ACTA. Dlaczego Anonymous zyskali tak wielki rozgłos?

Anonymous od kilku lat byli już wówczas rozpoznawalnym symbolem internetowego aktywizmu i działań hakerskich. Ruch nie posiadał tradycyjnej struktury organizacyjnej, centralnego zarządu ani jednolitego systemu członkostwa. Pod jego nazwą mogły działać różne osoby i grupy, nie zawsze realizujące te same cele. Ta decentralizacja powodowała, że trudno było określić, kto odpowiada za konkretne komunikaty i działania.

W kontekście ACTA Anonymous zaczęli przedstawiać swoje działania jako sprzeciw wobec regulacji, które ich zdaniem mogły ograniczać wolność internetu. Komunikaty, grafiki i nagrania publikowane w sieci wykorzystywały charakterystyczną estetykę: czarne tło, maskę Guya Fawkesa, komputerowo przetworzony głos oraz deklaracje występowania w imieniu internetowej społeczności. Dla wielu odbiorców stały się jednym z najbardziej rozpoznawalnych elementów całego sporu.

Nie można jednak utożsamiać Anonymous z organizatorami wszystkich demonstracji. W Polsce protesty odbywały się z inicjatywy różnych środowisk, organizacji obywatelskich, lokalnych aktywistów i zwykłych użytkowników internetu. Nie wszyscy popierali cyberataki, a część osób wyraźnie odcinała się od metod polegających na zakłócaniu działania stron internetowych.

Działania Anonymous miały natomiast istotne znaczenie medialne. Niedostępność witryn państwowych powodowała, że temat ACTA trafiał do głównych serwisów informacyjnych. Dziennikarze relacjonowali problemy z funkcjonowaniem portali instytucji, politycy komentowali działania hakerów, a opinia publiczna zaczynała zadawać pytania o przyczynę nagłej eskalacji.

W ten sposób ACTA, które jeszcze niedawno pozostawało sprawą względnie niszową, zaczęło dominować również poza internetowymi społecznościami. Do dyskusji przyłączyły się osoby niekorzystające na co dzień z forów technologicznych, a samo porozumienie zaczęło pojawiać się w telewizyjnych wiadomościach i na pierwszych stronach portali.

Anonymous nie stworzyli całego protestu przeciw ACTA, ale stali się jednym z najgłośniejszych symboli jego radykalniejszej, cyfrowej części. Skutki były dwojakie: zwiększyli zainteresowanie sprawą, a jednocześnie dostarczyli politykom argumentu pozwalającego przedstawiać część sprzeciwu jako działania wymierzone w bezpieczeństwo infrastruktury państwowej.

Maski Guya Fawkesa. Jak symbol fikcyjnego buntownika stał się twarzą polskiego protestu?

Jednym z najbardziej charakterystycznych obrazów protestów przeciw ACTA były białe maski z czarnym wąsem, charakterystycznym uśmiechem i spiczastą brodą. Ich wizerunek nawiązuje do Guya Fawkesa, uczestnika spisku prochowego z 1605 roku, którego celem było wysadzenie angielskiego parlamentu. Współczesna forma maski została spopularyzowana przede wszystkim przez komiks „V for Vendetta” autorstwa Alana Moore’a i Davida Lloyda oraz jego ekranizację, która trafiła do kin w 2006 roku.

W historii przedstawionej w komiksie i filmie maska staje się symbolem sprzeciwu wobec autorytarnej władzy. Z czasem zaczęła pojawiać się w działaniach internetowych społeczności, zwłaszcza związanych z Anonymous. Uczestnicy protestów wykorzystywali ją jako znak anonimowości, zbiorowej tożsamości i odmowy podporządkowania się instytucjom, które postrzegali jako nadmiernie ingerujące w wolność obywateli.

W Polsce w styczniu 2012 roku maski błyskawicznie stały się jednym z głównych symboli demonstracji. Pojawiały się na ulicach, plakatach, profilach społecznościowych oraz internetowych grafikach. Ich popularność wynikała między innymi z łatwości rozpoznania. Nie trzeba było znać szczegółów artykułu 27 ACTA ani historii negocjacji, aby zrozumieć, że zamaskowany demonstrant występuje przeciwko porozumieniu.

Demonstranci w maskach Guya Fawkesa podczas protestu przeciwko ACTA w Warszawie, 24 stycznia 2012 roku. Charakterystyczne maski stały się jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli sprzeciwu.

Sama maska miała jednak różne znaczenia dla różnych uczestników protestów. Dla części była wyrazem solidarności z Anonymous, dla innych nawiązaniem do popkultury, a dla jeszcze innych sposobem symbolicznego podkreślenia prawa do prywatności i anonimowości. Nie wszyscy demonstranci identyfikowali się z działalnością hakerską, nawet jeżeli korzystali z tego samego symbolu.

Znaczenie masek wykroczyło zresztą poza demonstracje uliczne. Wkrótce posłużyły również do politycznego protestu wewnątrz polskiego parlamentu, tworząc jeden z najbardziej rozpoznawalnych obrazów ówczesnego konfliktu.

Maska Guya Fawkesa pozwoliła połączyć ogromnie zróżnicowaną grupę protestujących pod jednym symbolem, chociaż jej uczestnicy nie tworzyli jednolitego środowiska politycznego ani organizacyjnego. Właśnie ta zdolność do budowania wspólnej tożsamości okazała się jednym z najważniejszych elementów sukcesu protestów.

24 stycznia. Protest przenosi się z internetu na ulice

24 stycznia 2012 roku odbyła się jedna z pierwszych ulicznych demonstracji przeciw ACTA w Warszawie, pod siedzibą przedstawicielstwa Parlamentu Europejskiego. Był to moment symbolicznego przekroczenia granicy pomiędzy sprzeciwem wyrażanym w internecie a rzeczywistą mobilizacją w przestrzeni publicznej. Do tej pory znaczna część aktywności polegała na publikowaniu informacji, organizowaniu wydarzeń internetowych, udostępnianiu grafik i krytykowaniu działań rządu. Teraz ludzie zaczęli pojawiać się fizycznie na demonstracjach.

Kolejne protesty rozwijały się bardzo szybko, a ich organizatorami nie były wyłącznie duże organizacje dysponujące zapleczem finansowym i strukturami terenowymi. W wielu miastach zgromadzenia przygotowywały lokalne grupy aktywistów, użytkownicy portali społecznościowych i osoby, które wcześniej nie miały doświadczenia w organizowaniu demonstracji. Informacje o miejscu spotkania, trasie przemarszu i godzinach protestu rozpowszechniano przede wszystkim przez internet.

To odróżniało protesty przeciw ACTA od wielu tradycyjnych demonstracji politycznych. Nie były one organizowane przez jedną partię, centralę związkową czy ogólnopolską organizację posiadającą jednolity program. Uczestników łączył sprzeciw wobec konkretnego porozumienia i sposobu jego przyjmowania. Poza tym różnili się poglądami, wiekiem, zainteresowaniami oraz stosunkiem do bieżącej polityki.

W protestach brało udział wiele osób młodych, dla których internet stanowił podstawową przestrzeń komunikacji i uczestnictwa w kulturze. Nie oznacza to jednak, że demonstracje były wyłącznie buntem nastolatków. Do uczestników dołączali również studenci, pracownicy branży technologicznej, osoby związane z organizacjami obywatelskimi oraz ludzie, dla których ważna była przejrzystość procesu legislacyjnego.

Skala mobilizacji zaskoczyła również niektórych organizatorów. W krótkim czasie niewielkie internetowe wydarzenia przekształcały się w demonstracje liczące tysiące uczestników. Niekiedy brakowało doświadczenia organizacyjnego, pojawiały się problemy z formalnym zgłaszaniem zgromadzeń, a rzeczywista frekwencja znacznie przekraczała początkowe oczekiwania.

Internet pokazał wówczas swoją szczególną siłę: pozwalał nie tylko publikować krytyczne opinie, ale również koordynować działania ludzi, którzy wcześniej nie należeli do żadnej wspólnej organizacji.

23–25 stycznia. Kolejne instytucje ostrzegają, ale decyzja rządu pozostaje niezmieniona

W miarę narastania protestów pojawiały się kolejne oficjalne stanowiska dotyczące ACTA. 23 stycznia 2012 roku Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych zwrócił uwagę na zagrożenia związane z porozumieniem i zaapelował o jego niepodpisywanie. Zastrzeżenia odnosiły się między innymi do ochrony danych osobowych, prywatności oraz potencjalnych konsekwencji egzekwowania praw własności intelektualnej w środowisku cyfrowym.

Stanowisko GIODO miało szczególne znaczenie, ponieważ nie pochodziło od anonimowych internautów ani organizacji prowadzącej kampanię protestacyjną. Formułował je organ państwowy odpowiedzialny za ochronę danych osobowych. Potwierdzało to, że wątpliwości związane z ACTA były przedmiotem poważnej debaty prawnej, a nie tylko emocjonalnego sprzeciwu rozpowszechnianego w mediach społecznościowych.

24 stycznia premier Donald Tusk udzielił upoważnienia do podpisania porozumienia przez polską ambasador w Japonii. Decyzja ta została podjęta w czasie, gdy protesty wyraźnie przybierały na sile. Tego samego dnia premier publicznie bronił stanowiska rządu, odrzucając możliwość zmiany decyzji pod wpływem działań osób atakujących strony internetowe instytucji państwowych.

25 stycznia do premiera zwrócił się Rzecznik Praw Obywatelskich, podnosząc wątpliwości dotyczące potencjalnego wpływu ACTA na wolność w internecie. Sprawą zajmowała się także Prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Tego dnia sejmowa Komisja Innowacyjności i Nowoczesnych Technologii wezwała premiera do odłożenia podpisania porozumienia.

Sytuacja stawała się politycznie coraz trudniejsza. Krytyka nie ograniczała się już do internetowych społeczności. Obejmowała organizacje obywatelskie, ekspertów, organy państwowe i część parlamentarzystów. Jednocześnie proces podpisania porozumienia był już na tyle zaawansowany, że polskie władze nie zdecydowały się na jego wstrzymanie.

W ciągu zaledwie kilku dni rząd otrzymał kolejne publiczne ostrzeżenia, a mimo to podtrzymał decyzję o podpisaniu ACTA. Dla uczestników protestów stało się to potwierdzeniem, że dotychczasowe formy nacisku nie doprowadziły do zmiany stanowiska władz.

Kraków, Warszawa, Poznań, Wrocław. Protesty obejmują całą Polskę

Ostatni tydzień stycznia 2012 roku przyniósł demonstracje w wielu polskich miastach. Protestowano między innymi w Krakowie, Warszawie, Poznaniu, Wrocławiu, Katowicach, Kielcach, Gdańsku, Lublinie i licznych mniejszych miejscowościach. Nie była to akcja ograniczona do stolicy ani do największych ośrodków akademickich. Sprzeciw rozprzestrzeniał się tam, gdzie lokalne społeczności internetowe potrafiły zorganizować wspólne wystąpienie.

Wielotysięczna demonstracja przeciwko ACTA we Wrocławiu, 25 stycznia 2012 roku. Mimo zimowej pogody mieszkańcy licznie wyszli na ulice, sprzeciwiając się podpisaniu porozumienia.

Szczególnie duże zgromadzenia odbywały się w Krakowie. Według relacji z epoki na największych demonstracjach pojawiały się dziesiątki tysięcy uczestników, choć szacunki frekwencji różniły się w zależności od źródła i konkretnego dnia. W Warszawie i Poznaniu również organizowano wielotysięczne protesty. Warto zachować ostrożność przy podawaniu zbiorczej liczby demonstrantów w całej Polsce, ponieważ nie istniał jeden centralny system wiarygodnego liczenia wszystkich uczestników, a część osób brała udział w więcej niż jednym wydarzeniu.

Protest przeciwko ACTA, 25 stycznia 2012 roku. Demonstracje objęły dziesiątki polskich miast. Fot. olo81 / CC BY 2.0.

Na ulicach pojawiały się transparenty z napisami „Stop ACTA”, „Nie dla ACTA”, „Wolny internet” i hasłami dotyczącymi prawa do prywatności. Obok poważnych postulatów nie brakowało humoru, internetowych memów, odniesień do popkultury i ostrej krytyki rządu. Protesty miały charakter bardzo różnorodny – od spokojnych przemarszów po zgromadzenia, podczas których dochodziło do napięć pomiędzy częścią uczestników a policją.

Zwracała uwagę również pogoda. Demonstracje odbywały się w środku zimy, często przy temperaturach znacznie poniżej zera. Uczestnicy przychodzili w kurtkach, czapkach i szalikach, niekiedy przez wiele godzin stojąc na ulicach. W niektórych miastach tysiące osób manifestowały mimo siarczystego mrozu, co dodatkowo podkreślało skalę ich zaangażowania.

Najważniejsze było jednak to, że uczestnicy nie reprezentowali jednego obozu politycznego. W demonstracjach można było spotkać osoby o poglądach lewicowych, prawicowych i liberalnych, ludzi niezainteresowanych polityką oraz aktywistów związanych z organizacjami obywatelskimi. Dla części uczestników podstawowym problemem była możliwość ograniczania wolności internetu, inni sprzeciwiali się samemu procesowi negocjowania porozumienia lub sposobowi komunikacji rządu ze społeczeństwem.

ACTA stworzyło rzadką sytuację, w której jeden temat połączył ludzi zazwyczaj niemających wspólnego politycznego programu. To właśnie ponadpartyjny charakter protestu okazał się jednym z jego najważniejszych atutów i jednocześnie utrudniał politykom sprowadzenie całego sprzeciwu do działań konkretnego ugrupowania.

Nie wszystkie demonstracje przebiegały spokojnie. Kielce, Poznań i incydenty podczas protestów

Choć większość demonstracji przeciw ACTA miała pokojowy charakter, nie wszystkie wydarzenia przebiegały bez incydentów. W niektórych miastach dochodziło do starć z policją, przypadków niszczenia mienia lub zachowań odbiegających od charakteru pokojowego zgromadzenia. Szczególnie szeroko komentowano wydarzenia w Kielcach i Poznaniu, gdzie podczas części demonstracji pojawiały się napięcia i interwencje funkcjonariuszy.

Takie sytuacje stawały się istotnym elementem medialnego obrazu protestów. Dla części komentatorów stanowiły dowód radykalizacji demonstrantów, dla innych były incydentami niemającymi związku z głównymi postulatami uczestników. Warto jednak unikać przedstawiania całego ruchu przez pryzmat pojedynczych starć. Setki lokalnych wydarzeń i wielotysięczne pokojowe demonstracje nie mogą być automatycznie utożsamiane z zachowaniami osób dopuszczających się przemocy.

Podobny problem występował w przypadku cyberataków. Część polityków i komentatorów skupiała się przede wszystkim na działalności Anonymous, choć zdecydowana większość protestujących nie uczestniczyła w zakłócaniu działania serwerów. Legalne zgromadzenia, krytyczne artykuły, petycje i akcje informacyjne stanowiły odrębne formy aktywności obywatelskiej.

Rozróżnienie to ma znaczenie również dla historycznej oceny protestów. Ich istotą nie były same awarie stron rządowych ani najbardziej agresywne hasła na transparentach. Najważniejszy był fakt, że ogromna grupa obywateli skutecznie zakwestionowała sposób podejmowania decyzji dotyczącej internetu.

Sprowadzanie protestów przeciw ACTA wyłącznie do działań hakerów lub najbardziej radykalnych demonstrantów zacierałoby rzeczywisty obraz wydarzeń. Był to znacznie szerszy ruch społeczny, obejmujący zarówno spontaniczne demonstracje, jak i wieloletnią pracę ekspercką organizacji obywatelskich.

Donald Tusk nie zamierza ustępować. Rząd broni podpisania ACTA

Wraz z eskalacją protestów coraz większe znaczenie zyskiwały wypowiedzi przedstawicieli rządu. Premier Donald Tusk stawał przed trudnym zadaniem: z jednej strony musiał uzasadnić kontynuowanie procesu podpisania międzynarodowego porozumienia, z drugiej odpowiadać na rosnącą krytykę ze strony obywateli, ekspertów i części instytucji państwowych.

W pierwszym okresie kryzysu premier prezentował stanowisko, zgodnie z którym rząd nie powinien zmieniać decyzji pod wpływem działań osób przeprowadzających cyberataki. Podkreślał konieczność odróżniania merytorycznej debaty od prób wymuszania określonych decyzji poprzez zakłócanie funkcjonowania państwowych serwisów internetowych. Stanowisko to znajdowało zrozumienie u osób, które sprzeciwiały się wykorzystywaniu nielegalnych metod protestu.

Jednocześnie wielu uczestników demonstracji odbierało wypowiedzi rządu jako próbę marginalizowania ich argumentów. Z ich perspektywy problem nie sprowadzał się do działań Anonymous, lecz obejmował pytania o konsultacje społeczne, prywatność użytkowników i konsekwencje podpisania ACTA. Niektórzy uważali, że skupianie się na cyberatakach odwraca uwagę od merytorycznych zastrzeżeń dotyczących porozumienia.

W debacie pojawiali się także ministrowie odpowiedzialni za cyfryzację, kulturę i sprawy zagraniczne. Michał Boni, Bogdan Zdrojewski i Radosław Sikorski uczestniczyli w różnych aspektach procesu decyzyjnego i jego publicznego uzasadniania. Wypowiedzi przedstawicieli rządu pokazywały, że ACTA stało się problemem wykraczającym poza jeden resort.

Szczególnie istotne było pytanie o wcześniejsze konsultacje. Organizacje obywatelskie wskazywały, że od miesięcy sygnalizowały zastrzeżenia, a mimo to rząd nie przeprowadził debaty, która mogłaby rozwiać najważniejsze wątpliwości. Z czasem również przedstawiciele administracji zaczęli przyznawać, że sposób komunikowania i konsultowania ACTA był niewystarczający.

Początkowo rząd bronił decyzji o podpisaniu porozumienia. Jednak skala protestów i narastająca krytyka procesu konsultacyjnego sprawiały, że utrzymanie dotychczasowego stanowiska stawało się coraz trudniejsze.

26 stycznia 2012 roku. Polska podpisuje ACTA w Tokio

26 stycznia 2012 roku, około godziny 3:30 czasu polskiego, ambasador RP w Japonii Jadwiga Rodowicz-Czechowska podpisała w Tokio porozumienie ACTA w imieniu Polski. Ceremonia odbyła się w siedzibie japońskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, ponieważ Japonia pełniła funkcję depozytariusza umowy. Ambasador działała na podstawie upoważnienia udzielonego 24 stycznia przez premiera Donalda Tuska.

Był to moment szczególnie istotny dla polskiego protestu. Pomimo nasilającego się sprzeciwu społecznego, stanowisk instytucji i apeli o odłożenie podpisania dokumentu rząd zdecydował się kontynuować rozpoczętą procedurę. Informacja o złożeniu podpisu dotarła do polskich mediów we wczesnych godzinach porannych, a następnie błyskawicznie rozprzestrzeniła się po internecie.

Porozumienie podpisali także przedstawiciele większości państw członkowskich Unii Europejskiej. Pięć państw – Cypr, Estonia, Niemcy, Holandia i Słowacja – nie złożyło wówczas podpisów, przy czym przyczyny były zróżnicowane, a w niektórych przypadkach wynikały z kwestii proceduralnych. Akt podpisania był istotnym etapem procesu międzynarodowego, ale nie oznaczał jeszcze, że ACTA zaczęło obowiązywać w Polsce.

To rozróżnienie jest niezwykle ważne. Podpisanie porozumienia i jego ratyfikacja to dwa odrębne etapy. Sam podpis nie powodował automatycznie wejścia w życie wszystkich postanowień ACTA ani nie oznaczał, że od tej chwili dostawcy internetu otrzymali nowe obowiązki wynikające bezpośrednio z porozumienia. Nadal konieczne były dalsze procedury krajowe i europejskie.

Z perspektywy protestujących nie był to jednak argument uspokajający. Podpisanie dokumentu postrzegano jako dowód, że rząd nie zamierzał wycofać się pomimo ogromnej mobilizacji społecznej. Dla wielu osób była to kolejna przyczyna udziału w demonstracjach, a nie sygnał zakończenia sprawy.

26 stycznia 2012 roku Polska oficjalnie podpisała ACTA. Decyzja, która w zamierzeniu miała przybliżyć zakończenie wieloletniego procesu negocjacyjnego, nie zakończyła jednak kryzysu. Przeciwnie – stała się jednym z najważniejszych momentów całej historii protestów.

Posłowie zakładają maski Guya Fawkesa. ACTA wkracza do Sejmu

Jednym z najbardziej rozpoznawalnych obrazów politycznych związanych z ACTA stała się demonstracja posłów Ruchu Palikota, którzy pojawili się w ławach sejmowych z maskami Guya Fawkesa. Widok parlamentarzystów w charakterystycznych białych maskach szybko obiegł polskie i zagraniczne media. Był to niecodzienny przykład wykorzystania symboliki internetowego protestu w oficjalnej przestrzeni parlamentarnej.

Posłowie Ruchu Palikota w maskach Guya Fawkesa podczas protestu przeciwko ACTA w Sejmie, styczeń 2012 roku. Fot. archiwum IBTimes.

Działanie posłów miało wyrażać sprzeciw wobec podpisania ACTA i solidarność z protestującymi internautami. Jednocześnie wpisywało się w styl działalności politycznej Ruchu Palikota, którego przedstawiciele często sięgali po nietypowe formy manifestowania swoich poglądów. Dla części obserwatorów była to wyrazista forma poparcia dla obywatelskiego sprzeciwu, dla innych przede wszystkim polityczny spektakl mający przyciągnąć uwagę mediów.

Fotografie z Sejmu okazały się niezwykle atrakcyjne dla zagranicznych redakcji. Trudno było o bardziej symboliczny obraz konfliktu dotyczącego internetu: przedstawiciele władzy ustawodawczej zakładali maski kojarzone z anonimowym ruchem sprzeciwu wobec instytucji państwowych. Zdjęcia pojawiały się w relacjach zagranicznych mediów, podkreślając wyjątkowość wydarzeń w Polsce.

Sytuacja pokazywała również, że sprzeciw wobec ACTA nie ograniczał się już do środowisk technologicznych. Porozumienie stało się przedmiotem pełnoprawnego konfliktu politycznego, w którym poszczególne ugrupowania próbowały zajmować stanowiska i interpretować postulaty demonstrantów.

Nie oznaczało to jednak, że protestujący zaczęli identyfikować się z jedną partią. Wręcz przeciwnie. Jedną z cech ruchu przeciw ACTA była nieufność wobec prób politycznego przejmowania jego symboli i reprezentowania wszystkich uczestników przez konkretne ugrupowanie.

Maski w Sejmie były efektownym symbolem protestu, ale prawdziwa siła sprzeciwu pozostawała poza parlamentem – wśród ludzi, którzy sami organizowali manifestacje i domagali się odpowiedzi na pytania dotyczące ACTA.

Internet jako narzędzie mobilizacji. Jak bez centralnego organizatora powstał ogólnopolski protest?

Współcześnie organizowanie dużych kampanii internetowych kojarzy się często z profesjonalnymi zespołami marketingowymi, płatnymi reklamami, analizą danych i algorytmicznym promowaniem treści. W styczniu 2012 roku mechanizm mobilizacji przeciw ACTA wyglądał inaczej. Ogromną rolę odgrywało oddolne udostępnianie informacji, funkcjonowanie lokalnych społeczności i wzajemne przekazywanie wiadomości pomiędzy użytkownikami.

Na Facebooku powstawały wydarzenia dotyczące protestów w poszczególnych miastach. Użytkownicy zapraszali znajomych, publikowali mapy przemarszów, ustalali miejsca spotkań i informowali o zmianach organizacyjnych. Na forach i w serwisach takich jak Wykop prowadzono dyskusje dotyczące przepisów, rozpowszechniano analizy prawne i komentowano działania rządu. Blogerzy przygotowywali teksty wyjaśniające genezę ACTA, a użytkownicy publikowali własne grafiki i materiały wideo.

Nie wszystkie przekazy były dokładne. Część przedstawiała ACTA w sposób uproszczony, a niektóre ostrzeżenia dotyczące rzekomego automatycznego odcinania internautów od sieci nie wynikały bezpośrednio z ostatecznego tekstu porozumienia. Z drugiej strony istniały rzeczywiste zastrzeżenia dotyczące prywatności, przejrzystości negocjacji i możliwości egzekwowania praw własności intelektualnej. Obie warstwy – merytoryczna i emocjonalna – funkcjonowały równolegle.

Szczególnie interesująca była zdolność protestujących do tworzenia wspólnej narracji bez jednego centralnego ośrodka zarządzania. Hasło „Stop ACTA” wystarczało, aby osoby z różnych środowisk mogły identyfikować się ze wspólną sprawą. Nie wymagało to jednolitego programu politycznego ani członkostwa w formalnej organizacji.

W praktyce internet pełnił jednocześnie funkcję medium informacyjnego, narzędzia organizacyjnego i przestrzeni budowania tożsamości protestu. Każdy użytkownik mógł rozpowszechnić informację o wydarzeniu, przygotować plakat, opublikować relację lub zaprosić kolejne osoby do udziału w demonstracji.

Protest przeciw ACTA był jednym z najbardziej wyrazistych przykładów tego, jak internetowe społeczności potrafią przekształcić zainteresowanie konkretnym tematem w masowe działanie obywatelskie. I to bez konieczności podporządkowania całego ruchu jednej partii, organizacji czy liderowi.

ACTA wychodzi poza Polskę. Europa zaczyna przyglądać się protestom

Choć Polska odegrała szczególnie ważną rolę w nagłośnieniu sprawy, ACTA nie było problemem wyłącznie krajowym. Porozumienie miało charakter międzynarodowy, a procedura europejska oznaczała, że jego przyszłość zależała również od decyzji instytucji Unii Europejskiej. W miarę narastania protestów w Polsce temat zaczął zyskiwać większą widoczność także w innych państwach.

Zagraniczne media relacjonowały polskie demonstracje, działania Anonymous oraz reakcje władz. Fotografie protestujących w maskach Guya Fawkesa stały się rozpoznawalnym symbolem sprzeciwu wobec ACTA, a informacje o wielotysięcznych zgromadzeniach pokazywały, że kontrowersje dotyczące porozumienia nie ograniczają się do wąskiej grupy specjalistów.

W kolejnych tygodniach demonstracje organizowano także w innych krajach europejskich, w tym w Niemczech, Czechach i Francji. Na poziomie unijnym narastała presja na europosłów, którzy mieli odegrać kluczową rolę w dalszej procedurze dotyczącej porozumienia. Instytucje europejskie coraz częściej stawały przed koniecznością odpowiadania na pytania dotyczące zgodności ACTA z prawami podstawowymi oraz sposobu prowadzenia negocjacji.

Ważną rolę odgrywała przy tym wcześniejsza działalność organizacji międzynarodowych zajmujących się prawami cyfrowymi. Electronic Frontier Foundation, La Quadrature du Net oraz inne środowiska analizowały ACTA jeszcze przed polskimi protestami. Dzięki temu w momencie gwałtownego wzrostu zainteresowania sprawą istniały już opracowania i argumenty, które mogły być wykorzystywane w debacie europejskiej.

Nie należy jednak przedstawiać całej mobilizacji jako prostego procesu, w którym protesty w Polsce automatycznie doprowadziły do identycznych demonstracji w każdym kraju. Poszczególne społeczeństwa miały własne środowiska aktywistyczne, lokalne przyczyny sprzeciwu i odmienne doświadczenia związane z ochroną praw autorskich. Polska stała się jednak jednym z najbardziej widocznych przykładów skali niezadowolenia.

Na przełomie stycznia i lutego 2012 roku ACTA przestawało być problemem jednego rządu. Coraz wyraźniej stawało się europejskim sporem o granice egzekwowania praw własności intelektualnej i ochronę swobód obywatelskich w internecie.

Pierwsze dni po podpisaniu ACTA. Protesty nie słabną

Podpisanie porozumienia 26 stycznia nie uspokoiło sytuacji w Polsce. Wręcz przeciwnie, dla wielu użytkowników internetu stało się dowodem, że działania podejmowane do tej pory nie wystarczyły. Demonstracje odbywały się nadal, a sprzeciw wobec ACTA był już jednym z najważniejszych tematów krajowej debaty publicznej.

W Warszawie kolejne zgromadzenia przyciągały uczestników, którzy domagali się wstrzymania dalszych procedur. Podobne wydarzenia odbywały się w innych miastach. Protestujący nie mogli już zatrzymać samego podpisania dokumentu, ale nadal mogli wywierać presję polityczną w sprawie ratyfikacji. Warto pamiętać, że podpisanie ACTA nie oznaczało jeszcze jego wejścia w życie w Polsce, a do zakończenia całej procedury konieczne były następne decyzje.

„Patrzymy wam na ręce! Stop A.C.T.A.” – transparent podczas demonstracji w Warszawie, 27 stycznia 2012 roku. Fot. Brandmeister / CC0.

Ta różnica miała ogromne znaczenie dla dalszej mobilizacji. Gdyby podpisanie porozumienia oznaczało definitywne zakończenie sprawy, uczestnicy mogliby uznać, że protesty nie mają już wpływu na rzeczywistość. Tymczasem kwestia dalszego związania Polski ACTA pozostawała otwarta. Protestujący mieli więc konkretny cel: doprowadzenie do wstrzymania ratyfikacji, a w dalszej perspektywie odrzucenia porozumienia.

Narastający sprzeciw coraz silniej wpływał na sytuację polityczną rządu. Nie chodziło jedynie o utrzymujące się demonstracje, lecz również o szerokie zainteresowanie mediów, krytykę ze strony organizacji obywatelskich oraz stanowiska instytucji wskazujących na problemy związane z ACTA.

Dodatkowym czynnikiem była konieczność zmierzenia się z zarzutami dotyczącymi konsultacji społecznych. Władze musiały tłumaczyć nie tylko zasadność samego porozumienia, ale również to, dlaczego wcześniejsze uwagi nie doprowadziły do szerszej debaty przed jego podpisaniem.

Po 26 stycznia głównym celem protestów przestało być niedopuszczenie do podpisania ACTA. Stawką stało się zatrzymanie dalszej procedury i doprowadzenie do politycznej zmiany stanowiska rządu.

3 lutego 2012 roku. Donald Tusk ogłasza wstrzymanie ratyfikacji

3 lutego 2012 roku nastąpił przełom. Premier Donald Tusk ogłosił wstrzymanie procesu ratyfikacji ACTA, wskazując na konieczność dokładniejszego przeanalizowania zastrzeżeń dotyczących porozumienia oraz jego potencjalnych skutków. Decyzja oznaczała zasadniczą zmianę w stosunku do stanowiska prezentowanego jeszcze kilka dni wcześniej, gdy rząd podtrzymywał zamiar podpisania dokumentu mimo protestów.

Nie była to formalna anulacja podpisu złożonego 26 stycznia ani automatyczne unieważnienie porozumienia. Polska nadal pozostawała jego sygnatariuszem. Wstrzymanie ratyfikacji oznaczało jednak, że rząd nie będzie na razie kontynuował procedury zmierzającej do związania się umową, dopóki nie zostaną przeprowadzone dodatkowe analizy i konsultacje.

To rozróżnienie ma znaczenie dla prawidłowego przedstawienia historii ACTA. Protesty nie doprowadziły 3 lutego do definitywnego odrzucenia całego międzynarodowego porozumienia. Doprowadziły natomiast do ważnej decyzji politycznej, która zatrzymała proces po stronie polskiego rządu. Ostateczny los ACTA miał rozstrzygnąć się dopiero na poziomie europejskim.

W oficjalnych późniejszych wyjaśnieniach administracja przyznawała, że konsultacje społeczne dotyczące ACTA nie zostały przeprowadzone w zadowalający sposób. Było to szczególnie istotne w kontekście wcześniejszych ostrzeżeń organizacji obywatelskich. Problem nie sprowadzał się wyłącznie do tego, czy określone przepisy były korzystne lub niekorzystne. Dotyczył również sposobu podejmowania decyzji wpływających na prawa obywateli.

Dla protestujących wiadomość o wstrzymaniu ratyfikacji była pierwszym znaczącym sukcesem. Pokazywała, że rząd może zmienić stanowisko pod wpływem presji społecznej, nawet jeżeli wcześniej zdecydowanie bronił swojej decyzji. Nie oznaczało to końca demonstracji ani zakończenia europejskiej debaty, ale zmieniało dynamikę całego konfliktu.

Zaledwie osiem dni po podpisaniu ACTA w Tokio polski premier ogłosił wstrzymanie jego ratyfikacji. Porozumienie, które przez lata przygotowywano w ramach międzynarodowych negocjacji, stało się źródłem kryzysu politycznego, którego skali nie przewidziano na etapie podejmowania decyzji.

6 lutego. Debata u premiera i bojkot części organizacji

6 lutego 2012 roku w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów odbyła się publiczna debata dotycząca ACTA. Nie oznaczało to jednak, że rząd porozumiał się z organizacjami reprezentującymi krytyków porozumienia. Część najważniejszych środowisk zaangażowanych w obronę praw cyfrowych, w tym Fundacja Panoptykon, Helsińska Fundacja Praw Człowieka i Internet Society Poland, odmówiła osobistego udziału. Organizacje kwestionowały zaproponowaną formułę i domagały się konsultacji zapewniających społeczeństwu rzeczywisty udział w dyskusji.

Odmowa przyjścia na spotkanie nie oznaczała rezygnacji z publicznej debaty. Panoptykon komentował wypowiedzi uczestników na Twitterze, przypominając o zastrzeżeniach dotyczących praw obywatelskich i stanowiskach instytucji odpowiedzialnych za ich ochronę. Samo wydarzenie doszło do skutku, ale spór obejmował już nie tylko treść ACTA. Dotyczył również tego, czy organizowane po podpisaniu porozumienia rozmowy mają właściwą formułę i mogą odbudować zaufanie do procesu podejmowania decyzji.

Z perspektywy historycznej spotkanie z 6 lutego stanowiło jeden z najbardziej symbolicznych momentów całego sporu. Pokazywało odwrócenie dotychczasowej kolejności działań: najpierw rząd zdecydował się podpisać porozumienie, następnie doszło do ogromnej mobilizacji społecznej, a dopiero później rozpoczęto szeroko nagłaśniane rozmowy z jego krytykami.

To właśnie ten aspekt będzie później powracał w dyskusjach o ACTA jako przykład problemów wynikających z niewystarczająco otwartego procesu przygotowywania decyzji publicznych. Władze mogą posiadać formalne kompetencje do prowadzenia negocjacji i podpisywania porozumień międzynarodowych, ale nie oznacza to, że sposób korzystania z tych kompetencji pozostaje obojętny dla społecznego zaufania.

Protesty przeciw ACTA pokazały, że konsultacje społeczne prowadzone dopiero po podjęciu zasadniczych decyzji mogą okazać się znacznie trudniejsze niż rzetelna debata rozpoczęta na wcześniejszym etapie prac.

11 lutego. Kolejne demonstracje pokazują, że sprawa nie została zamknięta

Mimo zapowiedzi wstrzymania ratyfikacji demonstracje nie zakończyły się natychmiast. 11 lutego 2012 roku odbyły się kolejne protesty, między innymi przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie oraz w Poznaniu. Wydarzenia te zostały udokumentowane na licznych fotografiach, które do dziś stanowią jedne z najważniejszych archiwalnych świadectw protestów przeciw ACTA.

Protest przeciw ACTA przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie, 11 lutego 2012 roku. Fot. Adam Kliczek / CC BY-SA 3.0 PL.

Na zdjęciach widać osoby w maskach Guya Fawkesa, transparenty z hasłami sprzeciwu oraz demonstrantów domagających się ochrony wolności internetu. Dla części uczestników wstrzymanie ratyfikacji było niewystarczające – oczekiwali jednoznacznego odrzucenia porozumienia, a nie jedynie odłożenia decyzji na później.

Protest przeciwko ACTA w Poznaniu, 11 lutego 2012 roku. Demonstranci z transparentami, megafonami i symboliczną kukłą podczas manifestacji przeciwko porozumieniu. Fot. Michał Nadolski / CC BY 3.0.

W tym czasie coraz większego znaczenia nabierał także europejski wymiar protestu. Los ACTA nie zależał wyłącznie od polskiego rządu. Porozumienie wymagało przejścia odpowiednich procedur na poziomie Unii Europejskiej, a kluczową rolę miał odegrać Parlament Europejski. Protestujący zdawali sobie sprawę, że nawet polityczny sukces w Polsce nie oznacza automatycznie zakończenia sprawy w całej Europie.

Demonstracja przeciwko ACTA przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie, 11 lutego 2012 roku. Fot. Adam Kliczek / CC BY-SA 3.0 PL.

Właśnie dlatego kolejne demonstracje coraz wyraźniej łączyły krajowe postulaty z szerszym sprzeciwem wobec międzynarodowego porozumienia. Maska Guya Fawkesa, która jeszcze kilka tygodni wcześniej była kojarzona przede wszystkim ze środowiskiem Anonymous, stała się rozpoznawalnym symbolem europejskiego ruchu przeciw ACTA.

W połowie lutego 2012 roku polskie protesty miały już za sobą pierwszy polityczny sukces, ale ostateczna walka o przyszłość porozumienia dopiero się rozpoczynała.

17 lutego. Premier przyznaje, że nie miał racji w sprawie ACTA

17 lutego 2012 roku Donald Tusk publicznie przyznał, że jego wcześniejsze stanowisko wobec ACTA było błędne. Podczas konferencji prasowej stwierdził, że porozumienie nie odpowiada wymogom XXI wieku, i wskazywał na zagrożenia związane z jego literalnym stosowaniem. Zapowiedział również działania na forum europejskim, w tym zwrócenie się do przywódców ugrupowań należących do Europejskiej Partii Ludowej z postulatem odrzucenia ACTA w wynegocjowanym kształcie.

To była zmiana znacznie dalej idąca niż wcześniejsze wstrzymanie ratyfikacji. Premier nie tylko odłożył procedurę, ale zaczął otwarcie kwestionować sam dokument, którego podpisanie jeszcze niedawno popierał. Wypowiedź ta stała się jednym z najważniejszych politycznych symboli kryzysu związanego z ACTA.

Nie należy jednak interpretować jej jako dowodu, że wszystkie zarzuty formułowane podczas protestów były prawdziwe. Część popularnych twierdzeń dotyczących ACTA pozostawała uproszczona lub nie znajdowała bezpośredniego odzwierciedlenia w ostatecznym tekście umowy. Znaczenie wypowiedzi premiera polegało przede wszystkim na przyznaniu, że wcześniejsza ocena porozumienia i sposób prowadzenia całego procesu były niewystarczające.

Dla uczestników protestów był to moment szczególnie symboliczny. Jeszcze w styczniu rząd odrzucał możliwość ustąpienia pod presją działań wymierzonych w strony internetowe instytucji państwowych. Teraz premier nie tylko wstrzymywał ratyfikację, ale deklarował zmianę stanowiska również na poziomie europejskim.

W ciągu niespełna miesiąca ACTA przeszło drogę od dokumentu zdecydowanie popieranego przez polski rząd do porozumienia, którego odrzucenie postulował sam premier. Skala tej zmiany dobrze pokazuje polityczne znaczenie protestów z początku 2012 roku.

Czy protestujący rzeczywiście rozumieli ACTA? Spór o wiedzę, emocje i dezinformację

Jednym z najczęściej powracających pytań dotyczących protestów z 2012 roku jest to, czy ich uczestnicy rzeczywiście znali treść ACTA. Przeciwnicy demonstracji wskazywali, że wielu protestujących nie przeczytało porozumienia i opierało swoje stanowisko na internetowych grafikach lub uproszczonych hasłach. Trudno całkowicie zaprzeczyć temu zjawisku. Międzynarodowa umowa dotycząca egzekwowania praw własności intelektualnej jest dokumentem skomplikowanym, a jej interpretacja wymaga wiedzy prawniczej i zrozumienia relacji pomiędzy prawem krajowym a międzynarodowym.

Nie oznacza to jednak, że brak szczegółowej znajomości wszystkich artykułów pozbawiał uczestników prawa do protestu. Obywatelski sprzeciw wobec określonej decyzji nie wymaga od każdej osoby kompetencji eksperta od prawa międzynarodowego. Istotne jest natomiast to, czy główne zastrzeżenia mają oparcie w rzeczywistych problemach. W przypadku ACTA takie problemy były sygnalizowane przez organizacje obywatelskie i instytucje zajmujące się ochroną danych na długo przed masowymi demonstracjami.

W publicznej debacie współistniały więc dwa zjawiska. Z jednej strony rozpowszechniano błędne informacje sugerujące, że ACTA automatycznie wprowadzi powszechną cenzurę, masowe podsłuchiwanie internautów lub natychmiastowe odcinanie dostępu do sieci. Z drugiej istniały uzasadnione obawy dotyczące prywatności, proporcjonalności egzekwowania praw autorskich oraz procesu negocjacji prowadzonego z niewystarczającą przejrzystością.

Wielu demonstrantów sprzeciwiało się również czemuś szerszemu niż sam tekst ACTA. Protesty stawały się reakcją na sposób komunikowania się władzy z obywatelami, brak poczucia wpływu na podejmowane decyzje oraz obawę, że instytucje nie traktują dostatecznie poważnie problemów zgłaszanych przez społeczności internetowe.

Z tej perspektywy protesty przeciw ACTA nie były wyłącznie referendum dotyczącym kilku artykułów międzynarodowej umowy. Stały się również demonstracją oczekiwań wobec jakości państwa i procesu legislacyjnego.

Nie wszyscy protestujący znali szczegółowo ACTA, ale nie oznacza to, że cały ruch opierał się na dezinformacji. Jego merytoryczne podstawy powstawały przez lata, natomiast masowa mobilizacja nadała im siłę, której wcześniej brakowało.

Bunt, który zmienił polski internet

Protesty przeciw ACTA stały się jednym z najważniejszych doświadczeń pokolenia dorastającego wraz z gwałtownym rozwojem internetu. Dla wielu uczestników były pierwszym kontaktem z demonstracją uliczną, debatą dotyczącą prawa międzynarodowego czy możliwością wpływania na decyzje władz za pośrednictwem oddolnej mobilizacji.

Anty-ACTA w poznańskiej gwarze. Napis na murze w centrum Poznania, sfotografowany w listopadzie 2014 roku, pozostaje jednym ze śladów protestów przeciwko ACTA. Fot. Stiopa / CC BY-SA 4.0.

Wydarzenia pokazały, że internet nie jest wyłącznie narzędziem rozrywki i wymiany informacji. Może stanowić infrastrukturę organizowania ruchów społecznych, rozpowszechniania wiedzy i wywierania presji politycznej. Jednocześnie ujawniły związane z tym zagrożenia, takie jak łatwość rozpowszechniania uproszczeń, możliwość wykorzystywania legalnych protestów do uzasadniania nielegalnych działań oraz trudności w reprezentowaniu zdecentralizowanych społeczności.

Polski przypadek zwrócił uwagę również za granicą. Wielotysięczne demonstracje, obecność symboliki Anonymous i gwałtowna zmiana stanowiska rządu sprawiły, że ACTA stało się jednym z najbardziej rozpoznawalnych przykładów obywatelskiego sprzeciwu wobec regulacji internetu.

Najważniejsze konsekwencje polityczne były jednak jeszcze przed protestującymi. Polska wstrzymała proces ratyfikacji, ale porozumienie nadal istniało, a jego przyszłość zależała od dalszych decyzji na poziomie europejskim. W kolejnych miesiącach miały narastać zastrzeżenia w innych państwach, zmieniać się stanowiska polityków i rozwijać debata w Parlamencie Europejskim.

W styczniu 2012 roku polscy internauci pokazali, że potrafią wyjść poza ekran komputera i stworzyć ruch społeczny o ogromnej sile. W lutym zmusili rząd do ponownego rozważenia swojej decyzji. Jednak ostateczny los ACTA miał rozstrzygnąć się dopiero kilka miesięcy później.

I właśnie tam prowadzi ostatnia część naszej historii.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *