W związku z przegłosowaniem przez Sejm ustawy cenzurującej Internet, postanowiliśmy przygotować krótką serię artykułów poświęconych historii ACTA – jednego z najbardziej kontrowersyjnych porozumień w dziejach współczesnego Internetu, które doprowadziło do masowych protestów na ulicach.
Przeczytaj część I: Czym było ACTA? Kulisy powstawania
Przeczytaj część II: Polska wychodzi na ulice
Najpierw były negocjacje prowadzone przez lata poza zainteresowaniem większości obywateli. Później przyszedł styczeń 2012 roku: protesty, maski Guya Fawkesa, niedostępne strony rządowe i tysiące ludzi na ulicach polskich miast. Jednak podpisanie ACTA nie zakończyło sprawy, a wstrzymanie polskiej ratyfikacji nie oznaczało jeszcze zwycięstwa. Rozstrzygnięcie miało nastąpić w Parlamencie Europejskim. Tam przez kolejne miesiące ścierały się argumenty Komisji Europejskiej, organizacji obywatelskich, przedsiębiorców, ekspertów i samych europosłów. Stawką było przyjęcie albo odrzucenie całego porozumienia – bez możliwości wykreślenia kilku niewygodnych przepisów. Ostatecznie 4 lipca 2012 roku ACTA poniosło zdecydowaną porażkę. Nie zakończyło to sporów o prawa autorskie i wolność internetu, ale pokazało, że nawet zaawansowane międzynarodowe przedsięwzięcie można zatrzymać. W ostatniej części naszej historii prześledzimy, jak protest z ulic dotarł do sali plenarnej i dlaczego dokument popierany przez tak wiele rządów nie uzyskał zgody europejskiego parlamentu.
Podpis nie oznaczał końca. Dlaczego ACTA nadal można było zatrzymać?
Po wydarzeniach opisanych w poprzednim odcinku przeciwnicy ACTA mogli odczuwać jednocześnie rozczarowanie i nadzieję. Polska podpisała porozumienie mimo protestów, ale rząd zaczął zmieniać stanowisko. Szczególnie wyraźnym momentem był 17 lutego 2012 roku, kiedy Donald Tusk przyznał, że wcześniejsze podejście do ACTA było nieprzemyślane. Nie poprzestał na zapowiedzi dodatkowych analiz: zwrócił się do przywódców ugrupowań należących do Europejskiej Partii Ludowej, postulując odrzucenie dokumentu w wynegocjowanym kształcie. Spór, który kilka tygodni wcześniej dotyczył przede wszystkim decyzji polskiego rządu, przenosił się na poziom europejski.
Podpisanie umowy międzynarodowej nie było równoznaczne z jej wejściem w życie. W przypadku ACTA konieczne było przeprowadzenie dalszych procedur, a po stronie Unii Europejskiej niezbędna była zgoda Parlamentu Europejskiego. Rządy i negocjatorzy nie mogli po prostu uznać, że wszystko zostało rozstrzygnięte podczas ceremonii w Tokio. Europosłowie dysponowali rzeczywistym narzędziem zatrzymania porozumienia. Co istotne, nie rozpatrywali zwykłego projektu ustawy, do którego można dopisać poprawki. Mieli zaakceptować albo odrzucić uzgodniony tekst.
To zmieniało charakter dalszej debaty. Pytanie nie brzmiało już wyłącznie: „Który przepis należałoby napisać lepiej?”. Trzeba było zdecydować, czy przy wszystkich zgłaszanych zastrzeżeniach należy zgodzić się na związanie Unii całym dokumentem. Dla przeciwników ACTA oznaczało to konkretny cel: doprowadzić do odmowy zgody. Dla zwolenników – konieczność obrony porozumienia jako całości, a nie tylko jego najbardziej oczywistego uzasadnienia, czyli walki z podróbkami.
Kader Arif odchodzi. Protest pojawia się wewnątrz Parlamentu Europejskiego
Pierwszy głośny sygnał, że ACTA ma problem również wewnątrz europejskich instytucji, pojawił się jeszcze podczas styczniowej kulminacji protestów. 26 stycznia 2012 roku francuski eurodeputowany Kader Arif zrezygnował z funkcji sprawozdawcy Parlamentu Europejskiego do spraw ACTA. Nie złożył mandatu europosła – wycofał się z prowadzenia prac nad konkretnym porozumieniem. W uzasadnieniu krytykował brak przejrzystości, niewystarczający udział społeczeństwa obywatelskiego i sposób organizacji parlamentarnego procesu. Zarzucał również próby narzucenia harmonogramu, który ograniczałby możliwość szerszej debaty.
Znaczenie tej rezygnacji wykraczało poza zmianę nazwiska w dokumentacji. Sprawozdawca uczestniczy w przygotowywaniu stanowiska parlamentu, a więc jego odejście było publicznym zakwestionowaniem sposobu prowadzenia sprawy przez osobę znajdującą się wewnątrz procesu. Arif przedstawiał swoją decyzję jako odmowę uczestniczenia w postępowaniu, którego warunków nie akceptował. Było to jego stanowisko polityczne, nie rozstrzygnięcie sądu o legalności ACTA. Niemniej trudno było już przedstawiać konflikt wyłącznie jako starcie rzetelnych urzędników z internautami, którzy nie przeczytali dokumentu. Krytyka padała także ze strony parlamentarzysty bezpośrednio zajmującego się porozumieniem.
Ambasador przeprasza za własny podpis
Jeszcze bardziej osobisty wymiar miał głos Heleny Drnovšek Zorko, ambasador Słowenii w Japonii. Dyplomatka podpisała ACTA w imieniu swojego państwa podczas styczniowej ceremonii w Tokio. Następnie, w oświadczeniu opublikowanym 31 stycznia, wyjaśniła, że działała zgodnie z instrukcjami rządu, ale zarazem zarzuciła sobie obywatelską nieuważność: nie poświęciła dokumentowi dostatecznej uwagi i nie powiązała wykonywanego zadania z możliwymi konsekwencjami dla społeczeństwa. Publicznie przeprosiła za swój udział w podpisaniu porozumienia.
Oświadczenie nie było prostym przyznaniem, że ambasador samodzielnie podjęła błędną decyzję. Drnovšek Zorko zaznaczała, że za stanowiskiem państwa stały również rząd i parlamentarne procedury. Przestrzegała przed skupianiem całej odpowiedzialności na osobie składającej podpis, ponieważ mogło to przesłaniać odpowiedzialność instytucji, które przygotowały decyzję. Jednocześnie zwróciła się do uczestników planowanego protestu w Lublanie, prosząc, by ktoś wystąpił także w jej imieniu. Była to niezwykła sytuacja: osoba uczestnicząca w oficjalnej ceremonii sama zachęcała do obywatelskiego sprzeciwu wobec podpisanego dokumentu.
Ten epizod dobrze pokazuje, jak szybko zmieniała się atmosfera wokół ACTA. To, co w formalnym obiegu mogło wyglądać jak kolejny etap wieloletnich negocjacji, dla osób odpowiedzialnych za jego realizację stawało się przedmiotem publicznego rozliczenia.
11 lutego. Europa wychodzi na ulice
Polski protest nie pozostał odosobniony. 11 lutego 2012 roku demonstracje przeciwko ACTA odbywały się w wielu państwach europejskich. Sieć organizacji European Digital Rights, zbierająca relacje swoich członków i obserwatorów, opisywała mobilizację w około 200 miastach. Szczególnie duże zgromadzenia odnotowano w Niemczech: w relacji EDRi pojawiały się szacunki około 16 tysięcy uczestników w Monachium i 10 tysięcy w Berlinie. To dane przytaczane przez organizacje zaangażowane w obserwowanie protestów, a nie wynik jednolitego europejskiego spisu demonstrantów.

W różnych krajach wydarzenia miały odmienną skalę i lokalny kontekst. Protestowano między innymi w Bułgarii, Austrii, Rumunii, Finlandii, Belgii, Holandii i Wielkiej Brytanii. Wspólne były hasła dotyczące swobody korzystania z internetu oraz sprzeciw wobec nadmiernego nadzoru. Równocześnie pojawiały się decyzje polityczne utrudniające dalszą drogę porozumienia: Czechy wstrzymały proces ratyfikacji, a Niemcy odłożyły podpisanie ACTA do czasu stanowiska Parlamentu Europejskiego. Nie wszystkie państwa wykonywały ten sam ruch prawny, ale w różnych miejscach przestawała działać wcześniejsza logika spokojnego przechodzenia do kolejnych formalności.
Na zachowanych fotografiach z Monachium widać zimowe ubrania, tłum zajmujący ulicę i transparenty z przekreślonym skrótem ACTA. W Berlinie uczestnicy nieśli między innymi hasło wzywające do reformowania prawa autorskiego zamiast jego „cementowania”. To istotny szczegół: przynajmniej część protestujących nie żądała świata bez praw autorskich, lecz innego sposobu ich kształtowania. Fotografie dokumentują nie tylko rozmiar zgromadzeń, ale także różnorodność postulatów, którą łatwo zgubić pod jednym hasłem „Stop ACTA”.

Z ulic do biur europosłów. Protest musiał zmienić metodę działania
Wielotysięczna manifestacja mogła zwrócić uwagę mediów, ale nie zastępowała decyzji Parlamentu Europejskiego. Organizacje przeciwdziałające przyjęciu ACTA zaczęły więc koncentrować się również na tym, aby obywatele kontaktowali się bezpośrednio z europosłami. Archiwum kampanii La Quadrature du Net zawiera materiały informacyjne, argumenty dotyczące porozumienia i narzędzia ułatwiające takie kontakty. Jednym z nich był Piphone, umożliwiający wykonywanie połączeń do parlamentarzystów. Internet służył tu nie do blokowania stron, lecz do docierania do osób, które miały oddać decydujący głos.
Ta zmiana jest ważna dla zrozumienia całej historii. Demonstracja wyraża sprzeciw; rozmowa z biurem poselskim, przedstawienie argumentów i domaganie się stanowiska próbują przełożyć ten sprzeciw na konkretną decyzję. Nie wymaga to założenia, że każda rozmowa zmieniła czyjś pogląd. Pokazuje natomiast, że kampania miała więcej niż jedną formę i nie ograniczała się do najbardziej widowiskowych wydarzeń ze stycznia.

Nie należy przy tym utożsamiać kontaktowania się z przedstawicielami społeczeństwa z cyberatakami. W archiwalnych materiałach kampanii widać działania polegające na rozpowszechnianiu analiz, tłumaczeniu dokumentów i zachęcaniu do komunikacji z parlamentarzystami. To inny rodzaj aktywności niż zakłócanie działania infrastruktury. O losie ACTA miały zdecydować głosy w sali plenarnej, a nie liczba niedostępnych witryn.
Petycja, która rosła do milionów podpisów
Jednym z najgłośniejszych narzędzi mobilizacji była petycja organizacji Avaaz. Pod koniec lutego do Parlamentu Europejskiego trafiła inicjatywa poparta przez ponad 2,4 miliona osób. W relacji z przekazania podpisów pojawiała się dokładna liczba 2 442 240. Przedstawiciele Avaaz spotkali się z przewodniczącą Komisji Petycji Erminią Mazzoni, a ich apel dotyczył odrzucenia ACTA i ochrony otwartego internetu. To nie była jeszcze końcowa liczba uczestników kampanii – podpisy zbierano dalej.
W następnych miesiącach w dokumentacji parlamentarnej pojawiała się już liczba ponad 2,8 miliona podpisów z całego świata. Warto zachować obie informacje, zamiast traktować je jako sprzeczne. Mniejsza liczba odnosiła się do wcześniejszego etapu kampanii, większa do późniejszego. Równie ważne jest to, że nie był to spis wyłącznie obywateli Unii Europejskiej ani referendum, którego wynik automatycznie wiązał europosłów. Petycja miała znaczenie jako forma nacisku i przedmiot parlamentarnego rozpatrzenia.
Sprawa pozostawiła konkretny ślad urzędowy: petycję Avaaz zarejestrowano pod numerem 0223/2012. Komisja Petycji zajmowała się także innymi wystąpieniami dotyczącymi ACTA, a w marcu uznano je za dopuszczalne w przyspieszonej procedurze. Przewidziano skierowanie sprawy również do komisji zajmującej się handlem międzynarodowym. Internetowa lista podpisów nie zastąpiła procedury parlamentarnej, lecz została do niej wprowadzona. To właśnie ten związek między mobilizacją społeczną a formalnym działaniem instytucji jest jednym z najważniejszych elementów europejskiego finału.
Dlaczego Komisja Europejska nadal broniła ACTA?
W opowieści o zwycięstwie protestujących łatwo pominąć fakt, że porozumienie miało również zwolenników przedstawiających własne argumenty. Komisja Europejska i popierające ACTA środowiska gospodarcze wskazywały na znaczenie ochrony własności intelektualnej dla innowacji, przedsiębiorstw i handlu. Według ich stanowiska dokument miał przede wszystkim poprawiać egzekwowanie istniejących praw, a nie tworzyć nowy katalog zakazów dla zwykłych użytkowników. W parlamentarnym opracowaniu z czerwca 2012 roku odnotowano także argument, że porozumienie miało pomagać europejskim podmiotom chronić swoje interesy poza Unią.
Krytycy odpowiadali, że tak uzasadniony cel nie przesądza o jakości zastosowanych środków. Podnosili pytania o nieprecyzyjne pojęcie działalności na skalę handlową, udostępnianie danych abonentów oraz rolę pośredników internetowych. Wskazywali również na ograniczenia międzynarodowej skuteczności ACTA: w gronie negocjujących nie było wszystkich państw istotnych dla problemu podróbek. Spór dotyczył zatem zarówno praw obywatelskich, jak i tego, czy proponowane porozumienie będzie adekwatnym narzędziem realizacji deklarowanych celów.
Nie było konieczne kwestionowanie samej potrzeby ochrony twórców, aby odrzucić konkretną umowę. Można uznawać problem nielegalnego kopiowania lub obrotu podróbkami, a zarazem wymagać, by metody przeciwdziałania nie tworzyły niejasnych obowiązków i nieproporcjonalnych zagrożeń. Właśnie między tymi stanowiskami przebiegała istotna część merytorycznego sporu – znacznie bardziej złożonego niż proste przeciwstawienie „obrońców prawa” i „zwolenników piractwa”.
Nie tylko muzyka i filmy. Dlaczego przeciw ACTA występowali Lekarze bez Granic?
Szerokość sporu dobrze pokazuje stanowisko organizacji Médecins Sans Frontières, czyli Lekarzy bez Granic. Jej zastrzeżenia nie koncentrowały się na pobieraniu utworów z internetu, lecz na dostępie do leków. MSF ostrzegała, że zbyt szerokie mechanizmy egzekwowania praw własności intelektualnej mogą utrudniać obrót legalnymi lekami generycznymi. Organizacja wskazywała między innymi na ryzyko zatrzymywania transportów oraz konsekwencje dla podmiotów uczestniczących w dostarczaniu leczenia. Była to ocena potencjalnych skutków przepisów, a nie opis szkód już spowodowanych obowiązywaniem ACTA.
Ten wątek wymaga szczególnej ostrożności językowej. Legalny lek generyczny nie jest po prostu „podróbką”, a spór o własność intelektualną nie jest tym samym co ocena jakości czy bezpieczeństwa produktu. MSF deklarowała poparcie dla zapewniania odpowiednich standardów leków, kwestionując zarazem konstrukcję proponowanego porozumienia. Po głosowaniu w lipcu organizacja przyjęła odrzucenie ACTA z zadowoleniem. Jej stanowisko przypomina, że skutki umowy rozpatrywano nie tylko z perspektywy europejskiego internauty, lecz również pacjentów i organizacji humanitarnych działających poza Europą.
Komisja kieruje sprawę do Trybunału. Legalność to jednak nie wszystko
22 lutego Komisja Europejska zapowiedziała zwrócenie się do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej o ocenę zgodności ACTA z prawem Unii, w szczególności z prawami podstawowymi. W debacie pojawiła się więc możliwość, że sądowa opinia rozstrzygnie przynajmniej część prawnych wątpliwości. Nie oznaczało to jednak, że Trybunał uznał ACTA za zgodne albo niezgodne z prawem. Rozpoczęcie procedury nie było jej wynikiem.
Przeciwnicy porozumienia zwracali uwagę na jeszcze inne rozróżnienie: dokument może mieścić się w granicach prawa, a mimo to zostać odrzucony jako niewłaściwy politycznie lub regulacyjnie. W reakcji na zapowiedź Komisji przedstawiciele Zielonych argumentowali, że kontrola prawna nie zastępuje parlamentarnej oceny treści i celowości umowy. Nie trzeba stwierdzić naruszenia traktatów, aby uznać, że dany instrument jest zbyt niejasny, niepotrzebny albo źle równoważy interesy.
To istotne również przy dzisiejszym odtwarzaniu historii ACTA. Parlament nie musiał czekać na orzeczenie potwierdzające wszystkie obawy protestujących. Jego zadaniem było podjęcie własnej decyzji o zgodzie na zawarcie umowy. Sądowa kontrola legalności i demokratyczna decyzja o przyjęciu dokumentu były powiązanymi, ale odrębnymi zagadnieniami.
Kwiecień przynosi kolejne zastrzeżenia dotyczące prywatności
24 kwietnia 2012 roku Europejski Inspektor Ochrony Danych przedstawił kolejną opinię dotyczącą ACTA. Miała ona szczególne znaczenie, ponieważ odnosiła się już do uzgodnionego tekstu, a nie jedynie do wcześniejszych propozycji negocjacyjnych. EIOD analizował równowagę pomiędzy egzekwowaniem praw własności intelektualnej a ochroną danych i innymi prawami podstawowymi. Wśród kwestii wymagających zabezpieczenia wskazywał prywatność, swobodę wypowiedzi, domniemanie niewinności oraz możliwość skutecznej ochrony sądowej.
Podstawowy problem nie sprowadzał się do pytania, czy właściciel praw może dochodzić roszczeń. Dotyczył również tego, jakie informacje wolno gromadzić, kto ma otrzymywać dane, jak zapobiegać nadmiernej ingerencji i jakie zabezpieczenia chronią osobę podejrzewaną o naruszenie. Opinia nie była wyrokiem unieważniającym ACTA, ale stanowiła kolejne instytucjonalne potwierdzenie, że spór o prywatność wymaga rzeczywistej analizy. Nie można było sprowadzać wszystkich zastrzeżeń do nieznajomości dokumentu przez demonstrantów.
W praktyce pytania o egzekwowanie prawa zawsze obejmują dwie strony. Jedną jest możliwość skutecznego działania przeciw naruszeniu. Drugą – ochrona przed pomyłką, nadmiernym żądaniem lub nieproporcjonalnym środkiem. To, że cel postępowania jest uzasadniony, nie rozwiązuje automatycznie problemu jego granic.
David Martin rekomenduje odrzucenie porozumienia
Po odejściu Kadera Arifa rolę sprawozdawcy przejął David Martin, brytyjski eurodeputowany związany z Partią Pracy i grupą Socjalistów i Demokratów. W kwietniu przedstawił rekomendację odrzucenia ACTA. Nie opierała się ona na założeniu, że podróbki i nielegalne rozpowszechnianie utworów są zjawiskami obojętnymi. W uzasadnieniu podkreślano potrzebę ochrony własności intelektualnej, ale wskazywano, że proponowany dokument pozostawia zbyt wiele niejasności dotyczących jego praktycznych konsekwencji.
W przygotowanym sprawozdaniu pojawiały się obawy dotyczące możliwej kryminalizacji działań indywidualnych użytkowników, znaczenia pojęcia skali handlowej, roli dostawców internetu oraz tranzytu leków generycznych. Martin argumentował, że potencjalnych korzyści nie można rozpatrywać w oderwaniu od zagrożeń dla wolności obywatelskich. Rekomendacja dotyczyła odrzucenia tego porozumienia, a nie rezygnacji z ochrony praw autorskich. Otwierała zarazem przestrzeń do poszukiwania innych rozwiązań.
To był ważny etap przekształcania społecznego sprzeciwu w stanowisko instytucjonalne. Argumenty podnoszone na ulicach i w kampaniach internetowych nie wystarczały jako same hasła. Musiały zostać przełożone na ocenę dokumentu, która mogła stać się podstawą parlamentarnej decyzji. Sprawozdanie stanowiło właśnie taki element procedury: propozycję odpowiedzi na pytanie, czy Parlament powinien wyrazić zgodę.
Pięć komisji mówi „nie”
W końcu maja i w czerwcu ACTA zaczęło przegrywać kolejne etapy parlamentarnego rozpatrywania. Negatywne stanowiska zajęły komisje odpowiedzialne za przemysł, badania naukowe i energię, kwestie prawne oraz wolności obywatelskie, sprawiedliwość i sprawy wewnętrzne. Dołączyła do nich Komisja Rozwoju. Ich zakresy działania były różne, co miało znaczenie: porozumienie oceniano nie tylko jako instrument handlowy, ale także pod kątem praw obywateli, działalności gospodarczej i konsekwencji dla państw rozwijających się.
21 czerwca Komisja Handlu Międzynarodowego, prowadząca prace nad ACTA, opowiedziała się za rekomendacją odrzucenia stosunkiem 19 do 12 głosów. Była piątą komisją zajmującą negatywne stanowisko. Nie stanowiło to jeszcze ostatecznego rozstrzygnięcia – dopiero głosowanie całego Parlamentu mogło zdecydować o udzieleniu albo odmowie zgody. Rezultat pokazywał jednak, że zwolennicy dokumentu nie zdołali przekonać większości w kluczowym etapie poprzedzającym sesję plenarną.
Nie należy z tego wyciągać wniosku, że wszyscy przeciwnicy ACTA rozumowali identycznie. Zestawienie komisji wskazuje raczej na kumulację zastrzeżeń płynących z różnych perspektyw. Dla jednych najważniejsze były dane użytkowników, dla innych ryzyka dotyczące przedsiębiorstw, a jeszcze dla innych skutki międzynarodowego egzekwowania praw. Dokument nie musiał przegrać z jednym rozstrzygającym argumentem. Wystarczyło, że nie uzyskał przekonującej odpowiedzi na wiele różnych pytań.
Ostatnia debata pokazuje, że podział nie jest prosty
Podczas debaty 3 lipca w Parlamencie Europejskim ścierały się argumenty dotyczące ochrony własności intelektualnej, praw obywateli i dalszego trybu postępowania. Warto przyjrzeć się stanowisku Rii Oomen-Ruijten, eurodeputowanej holenderskiej chadecji. Podkreślała ona potrzebę ochrony praw i szkody wynikające z ich naruszania, a jednocześnie deklarowała odrzucenie ACTA przez swoją delegację. Wskazywała na zbyt liczne pytania i niejasności dotyczące internetowych wolności, praw podstawowych oraz relacji porozumienia do istniejącego prawa.
To istotny kontrapunkt wobec uproszczonej opowieści o jednolitym obozie polityków walczącym z jednolitym obozem internautów. W samym Parlamencie można było jednocześnie popierać ochronę własności intelektualnej i sprzeciwiać się ACTA. Nie każdy głos przeciw umowie oznaczał odrzucenie jej deklarowanego celu; mógł oznaczać uznanie, że cel nie usprawiedliwia konkretnej konstrukcji dokumentu.
W debacie wracała także kwestia oczekiwania na opinię Trybunału. Przeciwnicy zwlekania wskazywali, że Parlament ma dokonać oceny politycznej i nie powinien odkładać jej wyłącznie dlatego, że toczy się procedura prawna. Dyskusja nie sprowadzała się więc już do pytania, czy wolno krytykować ACTA. Dotyczyła tego, czy argumenty za przyjęciem umowy są wystarczające i czy należy rozstrzygnąć sprawę od razu.
4 lipca 2012 roku. 478 głosów przeciw ACTA
Przed ostatecznym głosowaniem pojawiła się jeszcze próba odroczenia decyzji. Szwedzki eurodeputowany Christofer Fjellner postulował poczekanie na stanowisko Trybunału Sprawiedliwości. Większość Parlamentu nie zgodziła się na taki krok. Następnie zapadło rozstrzygnięcie: 478 europosłów zagłosowało przeciwko ACTA, 39 poparło porozumienie, a 165 wstrzymało się od głosu. Parlament Europejski odmówił zgody na jego zawarcie.

Fotografia z sali plenarnej pokazuje elektroniczną tablicę z wynikiem oraz parlamentarzystów reagujących na zakończenie głosowania. Liczby nie pozostawiają wątpliwości co do skali porażki zwolenników umowy. Trzeba jednak zachować precyzję: 165 wstrzymujących się nie należy dopisywać ani do popierających ACTA, ani do głosujących przeciw. Była to odrębna kategoria zachowania w głosowaniu, nawet jeśli polityczne stanowiska poszczególnych osób mogły być bardziej złożone.
Najważniejszy rezultat został zapisany w krótkiej rezolucji legislacyjnej: Parlament odmówił zgody, a jego przewodniczący miał poinformować Radę, że umowa nie może zostać zawarta. W porównaniu z wieloletnimi negocjacjami i wielomiesięcznym sporem finał był niezwykle zwięzły. Nie przyjęto obszernego aktu „znoszącego ACTA”. Wykorzystano procedurę, w której brak parlamentarnej zgody blokował dalszy krok po stronie Unii.
Co właściwie zostało odrzucone?
Wiadomości o „śmierci ACTA” oddawały polityczne znaczenie wydarzenia, ale nie wyjaśniały wszystkich konsekwencji prawnych. Parlament Europejski nie uchylał obowiązującej w Polsce ustawy ani nie wydawał orzeczenia stwierdzającego nieważność podpisów złożonych wcześniej w Tokio. Odmówił zgody na zawarcie konkretnej umowy przez Unię Europejską. Było to skuteczne zatrzymanie tej drogi przyjęcia porozumienia, a nie deklaracja, że podobne problemy nigdy więcej nie mogą być przedmiotem regulacji.
Nie oznaczało to również zniesienia prawa autorskiego. Odrzucenie umowy ustanawiającej określone standardy egzekwowania praw nie jest tym samym co usunięcie samych praw z krajowych porządków. Ten punkt był widoczny już w argumentacji przeciwników ACTA w Parlamencie: kwestionowali instrument, niekoniecznie potrzebę ochrony. Wypowiedź Oomen-Ruijten z przeddzień głosowania jest tego wyraźnym przykładem.
Dlatego tytułowe zwycięstwo internautów należy rozumieć konkretnie. Udało się osiągnąć zasadniczy cel kampanii: doprowadzić do odrzucenia ACTA w Unii. Nie było to natomiast rozstrzygnięcie każdej sprawy dotyczącej prywatności, moderacji, kopiowania utworów i odpowiedzialności platform. Sukces miał określony przedmiot – właśnie dzięki temu da się go wskazać bez uciekania w przesadę.
Poza Europą historia jeszcze się nie skończyła
Europejski wynik nie oznaczał, że wszystkie pozostałe państwa porzuciły porozumienie. Japońskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych odnotowało, że 12 lipca 2012 roku, a więc już po głosowaniu w Strasburgu, ACTA podpisał w Tokio przedstawiciel Meksyku. Ten epizod przypomina, że Parlament Europejski nie podejmował decyzji w imieniu całego świata. Jego rozstrzygnięcie miało ogromne znaczenie dla Unii, ale nie zastępowało procedur pozostałych uczestników.
5 października Japonia jako pierwsze państwo złożyła dokument przyjęcia ACTA u depozytariusza. Japoński komunikat przypominał jednocześnie warunek zapisany w porozumieniu: wejście w życie miało nastąpić po trzydziestu dniach od złożenia szóstego dokumentu ratyfikacji, przyjęcia lub zatwierdzenia. Sam podpis kilku czy kilkunastu państw nie wystarczał. Nie należy więc mieszać ceremonii podpisania z zakończeniem procedur umożliwiających obowiązywanie traktatu.
Europejski finał był zatem jednoznaczny w swoim zakresie, lecz nie był globalnym aktem unieważniającym ACTA. To rozróżnienie nie pomniejsza sukcesu protestujących. Chroni jedynie przed dopisywaniem Parlamentowi Europejskiemu kompetencji, których w tej sprawie nie wykonywał.
Trybunał nie wydał wyroku, który „obalił ACTA”
Pozostała jeszcze sprawa wniosku Komisji Europejskiej o opinię Trybunału. W grudniu 2012 roku poinformowano o jego wycofaniu. Po wcześniejszej odmowie zgody przez Parlament nie doszło więc do rozstrzygnięcia, które potwierdzałoby albo odrzucało zgodność ACTA z prawem Unii w ramach tej procedury. Jest to jeden z najważniejszych szczegółów, które łatwo zgubić w skróconych opowieściach o końcu porozumienia.
ACTA w europejskim procesie nie upadło dlatego, że Trybunał wydał wyrok zakazujący jego przyjęcia. Upadło dlatego, że Parlament odmówił zgody. Ekspertyzy, opinie i argumenty prawne miały znaczenie dla debaty, ale ostatecznego działania nie należy przypisywać instytucji, która nie wydała takiego rozstrzygnięcia. Właśnie dlatego historia ta jest również opowieścią o demokratycznym mechanizmie podejmowania decyzji, a nie wyłącznie o prawnym sporze interpretacyjnym.
Kto naprawdę zatrzymał ACTA?
Nie ma jednego dokumentu, który pozwalałby wyliczyć procentowy udział protestów, petycji, ekspertyz, zmian stanowisk rządów i działań europosłów w końcowym wyniku. Przypisywanie całego sukcesu jednej grupie byłoby uproszczeniem. Kampanie organizacji obywatelskich dostarczały materiałów i ułatwiały kontakt z parlamentarzystami, procedura petycyjna wprowadzała apele do instytucjonalnego obiegu, a komisje i posiedzenie plenarne umożliwiły formalne odrzucenie umowy. To różne elementy tego samego procesu, nie konkurencyjne wersje wydarzeń.
Można natomiast wskazać, czego nie wyjaśnia prosta opowieść o „wygranej Anonymous”. Nie tłumaczy ona prac komisji, opinii dotyczących ochrony danych, wątpliwości związanych z lekami ani postawy parlamentarzystów popierających ochronę własności intelektualnej, lecz odrzucających ACTA. Spektakularny symbol nie wyczerpuje historii. Równie ważne były działania mniej widowiskowe: czytanie dokumentów, przygotowywanie stanowisk i przekładanie obaw na konkretne argumenty.
Najbardziej przekonująca interpretacja tego finału polega na dostrzeżeniu połączenia presji społecznej z procedurą, która mogła nadać jej skutek. Sam protest nie był decyzją prawną. Sama procedura nie przesądzała z góry, jaki wynik w niej zapadnie. W sprawie ACTA te dwa poziomy spotkały się w jednym, jasno określonym rozstrzygnięciu.

Dlaczego nazwa ACTA wróciła później do debaty?
Odrzucenie porozumienia nie usunęło problemów, wokół których powstało: konfliktów o korzystanie z utworów, odpowiedzialności usług internetowych i równowagi pomiędzy ochroną praw a swobodą komunikacji. W 2019 roku podczas sporu o unijną reformę prawa autorskiego powróciło określenie „ACTA 2”. Używały go również organizacje obywatelskie, odwołując się do rozpoznawalnego symbolu sprzeciwu z 2012 roku. Była to nazwa publicystyczna i kampanijna, a nie formalna nazwa kontynuacji dawnego traktatu.
Przyjęta wówczas dyrektywa 2019/790 dotycząca prawa autorskiego i praw pokrewnych na jednolitym rynku cyfrowym była innym instrumentem prawnym, powstałym w innej procedurze. Nie stanowiła ratyfikacji ACTA pod zmienionym tytułem. Obejmowała własny zestaw rozwiązań dotyczących między innymi wykorzystywania utworów w usługach internetowych i rynku praw autorskich. Podobieństwo tematów oraz obaw nie oznacza tożsamości dokumentów.
To rozróżnienie ma znaczenie także poza historią tej konkretnej dyrektywy. Nazwa „ACTA” może szybko przywołać pamięć o nieprzejrzystych negocjacjach i masowym sprzeciwie, ale nie zastępuje analizy nowych przepisów. Każde kolejne rozwiązanie trzeba ocenić przez to, jakie uprawnienia tworzy, komu je przyznaje, jakie przewiduje gwarancje i jak może być stosowane. Historyczne porównanie bywa pomocne – pod warunkiem, że nie zaciera różnic.
Koniec traktatu, nie koniec sporu o internet
W pierwszej części cyklu śledziliśmy powstawanie ACTA i narastające zastrzeżenia dotyczące negocjacji. W drugiej obserwowaliśmy moment, w którym sprawa wyszła poza środowiska eksperckie i trafiła na polskie ulice. Finał pokazuje natomiast, że najbardziej widowiskowy etap nie był ostatnim. Po demonstracjach nastąpiły miesiące parlamentarnych prac, kampanii, analiz i sporów o to, czy Unia powinna zaakceptować gotowy dokument. Ich rezultatem była odmowa zgody zapisana 4 lipca 2012 roku.
Z tej historii nie wynika, że każda regulacja internetu jest zamachem na wolność ani że każdy protestujący prawidłowo rozumie każdy przepis. Wynika z niej coś bardziej konkretnego: zaawansowanie prac nad dokumentem nie usuwa potrzeby jego uzasadnienia, a deklarowany słuszny cel nie zwalnia z oceny zastosowanych środków. Ochrona własności intelektualnej i ochrona użytkowników nie muszą być traktowane jako wartości, z których jedną trzeba bezwarunkowo poświęcić.
Ostatecznie ACTA zapisało się w europejskiej historii nie tylko treścią projektu, ale także tym, że nie zostało przyjęte. Dokument miał organizować egzekwowanie praw; jego los stał się przypomnieniem o prawie obywateli do kwestionowania kierunku podejmowanych decyzji. Zwycięstwo z 2012 roku nie polegało na usunięciu wszystkich zagrożeń dla internetu. Polegało na zatrzymaniu konkretnego porozumienia – i na pokazaniu, że wcześniejsze polityczne uzgodnienie nie musi być ostatnim słowem.

