Mieszkańcy województwa lubuskiego mogli w niedzielę przeżyć dość nietypowy wieczór. Na ich telefony przyszedł Alert RCB informujący o rosyjskim ataku powietrznym na Ukrainę, monitorowaniu sytuacji oraz operowaniu polskiego lotnictwa w przestrzeni Rzeczypospolitej. Brzmi poważnie? Bo miało brzmieć poważnie. Problem w tym, że wiadomości w ogóle nie powinni dostać. Alert był przeznaczony dla województwa lubelskiego. Rządowe Centrum Bezpieczeństwa pomyliło po prostu lubelskie z lubuskim.
I nie mówimy tutaj o newsletterze sklepu internetowego, który wysłał kod rabatowy do niewłaściwej grupy klientów. Mówimy o państwowym systemie ostrzegania, którego wiadomość z założenia powinna powodować natychmiastowe podniesienie uwagi odbiorcy. Jeśli telefon pokazuje „Alert RCB”, człowiek nie powinien zastanawiać się, czy ktoś przypadkiem kliknął złe województwo. Powinien założyć, że państwo właśnie przekazuje mu istotną informację dotyczącą jego bezpieczeństwa.
RCB przyznało się do błędu i przeprosiło. W oficjalnym komunikacie wskazano wprost, że ostrzeżenie przeznaczone dla osób przebywających na terenie województwa lubelskiego zostało omyłkowo skierowane do odbiorców w województwie lubuskim. Centrum samo zauważyło przy tym najważniejszy problem: Alert RCB jest dla obywateli sygnałem do podjęcia działań służących ochronie życia i zdrowia, dlatego błędna wiadomość mogła wywołać niepokój.
No właśnie. I tutaj zaczyna się znacznie ciekawsza dyskusja niż samo nabijanie się z podobieństwa słów „lubuskie” i „lubelskie”.
Alert, którego nie można przewijać jak powiadomienia z aplikacji
Siła Alertu RCB nie wynika z jego technologicznego zaawansowania. To przecież w praktyce krótki SMS. Jego największą wartością jest zaufanie odbiorcy. Otrzymując kilkadziesiąt innych powiadomień dziennie możemy zignorować Facebooka, pogodę, promocję w sklepie czy wiadomość od operatora. Alert RCB powinien należeć do zupełnie innej kategorii: pojawił się, więc trzeba go przeczytać.
Tyle że taki mechanizm działa wyłącznie tak długo, jak długo państwo nie nauczy obywatela, że Alert RCB może dotyczyć wszystkiego. Intensywnego deszczu, burzy, silnego wiatru, ćwiczeń służb, zrzucania szczepionek dla lisów, wyborów, fałszywych SMS-ów przed wyborami, zagrożenia z powietrza, a teraz – przez pomyłkę – zagrożenia dotyczącego zupełnie innego województwa.
Oczywiście część z tych komunikatów jest jak najbardziej uzasadniona. Jeśli nad region nadciąga ekstremalna burza z realnym ryzykiem powodzi, zerwania dachów czy przerw w dostawie energii, trudno wyobrazić sobie lepsze zastosowanie masowego systemu ostrzegania. Podobnie w przypadku zagrożenia militarnego, skażenia, katastrofy czy dużego pożaru. Problem zaczyna się wtedy, kiedy granica pomiędzy „ważną informacją” a „alarmem dotyczącym bezpieczeństwa” staje się coraz mniej wyraźna.
RCB od pogody? Jak najbardziej. Ale nie od każdej pogody
Częsty argument brzmi: po co RCB ostrzega przed deszczem albo burzą, skoro każdy ma aplikację pogodową? Tyle że tutaj akurat krytyka łatwo może pójść za daleko. Nie każdy śledzi prognozy, nie każdy ma aplikację IMGW, a gwałtowne zjawiska pogodowe potrafią zabijać. Ostrzeżenie przed naprawdę niebezpieczną wichurą, powodzią błyskawiczną albo ekstremalnymi opadami idealnie mieści się więc w idei Alertu RCB.

Kluczowe jest jednak słowo „naprawdę”. Jeśli próg uruchamiania systemu będzie ustawiony zbyt nisko, może zadziałać klasyczny mechanizm chłopca wołającego „wilk”. Pierwszy alert czytamy od początku do końca. Przy dziesiątym sprawdzamy jednym okiem. Przy pięćdziesiątym widzimy „burze i silny wiatr” i odkładamy telefon. A właśnie wtedy może przyjść wiadomość, której zignorować nie wolno.
Fałszywy alarm nie musi przecież oznaczać wyłącznie informacji całkowicie nieprawdziwej. Z punktu widzenia psychologii odbiorcy podobny skutek może przynieść również wielokrotne ostrzeganie przed zagrożeniem, które w jego najbliższym otoczeniu ostatecznie się nie materializuje. Prognoza może być meteorologicznie poprawna, decyzja służb uzasadniona, a odbiorca i tak zapamięta przede wszystkim: „znowu straszyli i nic się nie wydarzyło”. Dlatego tak istotna jest precyzja geograficzna i odpowiednio wysoki próg wejścia.
Tym bardziej trudno przejść obojętnie nad sytuacją, w której system pomylił dwa województwa podczas komunikowania zagrożenia związanego z rosyjskim atakiem powietrznym.
A wybory? Tu robi się jeszcze ciekawiej
Jeszcze większe wątpliwości budzi wykorzystywanie Alertu RCB w kontekście wyborów. W 2020 roku za jego pomocą informowano m.in., że osoby powyżej 60. roku życia, kobiety w ciąży i osoby z niepełnosprawnościami będą mogły głosować bez kolejki. W 2023 roku cały kraj otrzymał natomiast wiadomość ostrzegającą przed SMS-ami i e-mailami podszywającymi się pod komitety wyborcze.
W drugim przypadku argument dotyczący bezpieczeństwa był oczywiście znacznie mocniejszy – istniało realne zagrożenie dezinformacją i podszywaniem się pod komitety. Mimo wszystko pozostaje pytanie o granicę. Jeżeli państwo posiada kanał, z którego obywatel nie może się wypisać i który z założenia kojarzy się z bezpośrednim zagrożeniem, powinno korzystać z niego wyjątkowo ostrożnie.
Co ciekawe, sprawa trafiła nawet do Sejmu. W odpowiedzi na interpelację poselską w 2024 roku Kancelaria Prezesa Rady Ministrów stwierdziła wprost, że co do zasady Alert RCB nie służy do przekazywania informacji na temat wyborów. Może natomiast przekazywać komunikaty o zagrożeniach występujących lub mogących wystąpić w ich trakcie.
I taka zasada brzmi rozsądnie. Alert dotyczący cyberataku na system wyborczy – tak. Ostrzeżenie przed masową kampanią phishingową – można dyskutować, ale istnieje argument bezpieczeństwa. Informowanie po prostu o organizacji głosowania czy przywilejach określonych grup wyborców – tutaj Alert RCB zaczyna niebezpiecznie przypominać państwową tablicę ogłoszeń.
Czy RCB jest więc jeszcze potrzebne?
Tak postawione pytanie jest trochę niesprawiedliwe wobec samego Rządowego Centrum Bezpieczeństwa. RCB nie jest bowiem „urzędem od SMS-ów”. Centrum monitoruje zagrożenia, uczestniczy w krajowym systemie zarządzania kryzysowego, zajmuje się infrastrukturą krytyczną, wymianą informacji pomiędzy służbami i administracją, współpracą międzynarodową oraz przygotowywaniem analiz dotyczących bezpieczeństwa państwa. Z tego punktu widzenia pytanie „czy zlikwidować RCB, bo źle wysłało SMS-a?” byłoby absurdalne.
Znacznie sensowniejsze jest inne: czy Alert RCB w obecnej formule nie wymaga poważnego uporządkowania?
Bo sam pomysł jest bardzo dobry. Państwo powinno posiadać możliwość natychmiastowego dotarcia do praktycznie każdego telefonu znajdującego się na zagrożonym obszarze. W sytuacji powodzi, katastrofy przemysłowej, skażenia chemicznego, ataku terrorystycznego czy zagrożenia militarnego taki system może ratować życie.
Problemem nie jest więc istnienie Alertu RCB. Problemem może być jego inflacja.
Im więcej alertów, tym mniej „alertu” w Alercie RCB
Państwo powinno traktować ten kanał komunikacji trochę jak wielki czerwony przycisk za szybą z napisem „użyć w razie zagrożenia”. Jeżeli zaczniemy nim również przypominać o wydarzeniach, informować o mniej istotnych sprawach i wysyłać komunikaty „na wszelki wypadek”, czerwony przycisk przestaje robić wrażenie.
A pomyłki takie jak ta z 5 października są szczególnie kosztowne, ponieważ uderzają właśnie w najcenniejszy element całego systemu – jego wiarygodność. Lubuskie i lubelskie różnią się kilkoma literami. Geograficznie dzieli je jednak kilkaset kilometrów. W systemie służącym do ostrzegania przed potencjalnym zagrożeniem z powietrza taka różnica naprawdę ma znaczenie.
RCB zrobiło w tej sytuacji jedyną rozsądną rzecz po fakcie: szybko przyznało się do błędu, wzięło go na siebie i przeprosiło. Teraz ważniejsze jest jednak to, co wydarzy się przed następną wysyłką. Przy komunikacie dotyczącym burzy podobna pomyłka skończy się najczęściej zdziwieniem. Przy realnym zagrożeniu militarnym pomylenie województw może mieć zdecydowanie poważniejsze konsekwencje.
Alert RCB zdecydowanie ma sens. Pod jednym warunkiem: obywatel musi mieć pewność, że kiedy państwo wciska ten czerwony przycisk, naprawdę jest powód, żeby spojrzeć na telefon. Bo najgorszą rzeczą, jaka może przydarzyć się systemowi alarmowemu, nie jest nawet pojedynczy błędny alarm. Najgorsze jest nauczenie ludzi, że alarmy można ignorować.

