Polska wychodziła z PRL z gigantycznym zadłużeniem zagranicznym, pustą kasą i gospodarką przechodzącą właśnie najbardziej gwałtowną transformację w swojej powojennej historii. Państwo stworzyło Fundusz Obsługi Zadłużenia Zagranicznego, który miał pomagać w obsłudze długu, a w praktyce prowadził również poufne operacje związane z jego wykupem na rynku wtórnym. Pomysł ekonomicznie miał sens: skoro wierzytelności wobec Polski można było kupić znacznie poniżej ich wartości nominalnej, państwo mogło próbować redukować własne zobowiązania za ułamek ceny. Problem w tym, że wokół tajnych operacji, zagranicznych kont, pośredników i fatalnej księgowości powstał system, z którego publiczne pieniądze zaczęły odpływać w zupełnie innych kierunkach. Sąd ostatecznie potwierdził co najmniej 134 mln zł strat, prokuratura wyliczała około 350 mln zł, a do dziś nie udało się odtworzyć pełnego losu wszystkich środków przewijających się przez FOZZ.

Afera jest tym bardziej symboliczna, że rozgrywała się dokładnie na granicy dwóch ustrojów. Konstrukcje finansowe powstawały jeszcze w PRL, najważniejsze nieprawidłowości przypadły na lata 1989-1990, a ich wyjaśnianie zajęło następne kilkanaście lat wolnej Polski. W tle pojawiły się wojskowe służby specjalne, państwowe banki, zagraniczne rachunki, prywatne przedsiębiorstwa, urzędnicy wysokiego szczebla i ludzie, którzy w kilka lat później należeli już do nowego świata polskiego biznesu. Były też dwie przedwczesne śmierci osób związanych z ujawnianiem sprawy – Michała Falzmanna i prezesa NIK Waleriana Pańki – wokół których do dziś krążą teorie spiskowe. Oddzielenie tego, co sąd i kontrolerzy rzeczywiście ustalili, od tego, czego nigdy nie udowodniono, jest w historii FOZZ szczególnie ważne.

Strona oficjalnego wydawnictwa Najwyższej Izby Kontroli poświęcona FOZZ, określonemu w tytule jako „matka wszystkich afer”. Na zdjęciu widać akta oraz salę sądową z procesu rozpoczętego w 2000 roku.

Po co Polsce w ogóle był FOZZ?

Żeby zrozumieć skalę możliwości, jakie stworzono ludziom zarządzającym FOZZ, trzeba wrócić do sytuacji gospodarczej schyłkowego PRL. Polska była ogromnie zadłużona wobec zagranicznych państw i banków. Jednocześnie wierzyciele nie zawsze wierzyli, że odzyskają pełną wartość udzielonych wcześniej kredytów, dlatego polskie zobowiązania mogły być na rynku wtórnym sprzedawane z dużym dyskontem. Jeżeli przykładowo wierzytelność o nominalnej wartości 100 mln dolarów można było kupić za 30 czy 40 mln, pojawiał się oczywisty pomysł: dlaczego państwo nie miałoby pośrednio wykupić własnego długu taniej, zamiast później spłacać pełną kwotę?

FOZZ jako mechanizm funkcjonował już wcześniej przy Ministerstwie Finansów, ale ustawa z 15 lutego 1989 roku nadała Funduszowi nową formę państwowej jednostki organizacyjnej. Oficjalnym celem było gromadzenie środków na obsługę zadłużenia zagranicznego oraz finansowanie zagranicznych kredytów państwowych. W praktyce prowadzono również operacje wykupu polskiego długu na rynku wtórnym przez banki i innych pośredników. Tutaj zaczynał się problem: żeby operacja miała ekonomiczny sens, kontrahenci nie powinni wiedzieć, że na końcu łańcucha znajduje się samo polskie państwo, bo taka informacja mogłaby podbić cenę wierzytelności. Poufność była więc wpisana w logikę działania. A gdy instytucja publiczna obraca gigantycznymi pieniędzmi, część operacji jest celowo ukrywana przed rynkiem, pojawiają się zagraniczne konta i pośrednicy, a kontrola księgowa nie nadąża za przepływami – otrzymujemy środowisko idealne nie tylko do tajnej operacji finansowej, lecz również do nadużyć.

Dyrektorem generalnym FOZZ został Grzegorz Żemek. To właśnie wokół jego osoby oraz jego zastępczyni Janiny Chim z czasem skoncentrowała się duża część postępowania karnego. Żemek podczas procesu ujawnił również swoją wcześniejszą współpracę z wojskowymi służbami specjalnymi PRL. Ten element przez lata wzmacniał podejrzenia, że FOZZ nie był wyłącznie grupą urzędników prowadzących fatalnie kontrolowane operacje finansowe, lecz częścią znacznie szerszego systemu powiązań służb, państwowych przedsiębiorstw i rodzącego się prywatnego biznesu. Trzeba jednak rozdzielać dwie rzeczy: udokumentowane związki części bohaterów sprawy ze służbami oraz znacznie szersze teorie dotyczące rzekomego finansowania za pomocą FOZZ całej transformacji politycznej czy konkretnych ugrupowań. Pierwsze mają potwierdzenie w materiałach i zeznaniach, drugie w dużej mierze pozostały przedmiotem publicystyki i hipotez.

Pieniądze zaczynają żyć własnym życiem

NIK po latach opisywała system księgowy FOZZ w sposób, który w przypadku instytucji zarządzającej takimi kwotami brzmi niemal niewiarygodnie. Pieniądze wysyłane do banków komercyjnych na operacje związane z wykupem zadłużenia nie były odpowiednio dokumentowane, zawierano umowy dotyczące przejęcia depozytów i transferowano środki na konta w zagranicznych bankach, a krajowym spółkom udzielano kredytów nawet bez pisemnych umów. Nie dbano odpowiednio o ich terminową spłatę, dokumentacja była niepełna, a sposób księgowania zmienny i dowolny. NIK wskazywała nawet działania zupełnie niezwiązane z podstawową misją Funduszu: handel walutami, poręczanie weksli spółek czy pożyczkę udzieloną komitetowi wyborczemu kandydata do Senatu już po zakończeniu wyborów.

To właśnie w tej części historia FOZZ zaczyna przypominać nie kontrolowaną państwową operację finansową, ale instytucję posiadającą olbrzymią swobodę dysponowania publicznym kapitałem. Poufność, która miała chronić sens ekonomiczny transakcji wykupu długu, jednocześnie utrudniała kontrolowanie ludzi prowadzących te transakcje. Jeśli duża część zleceń ma nie pozostawiać łatwego do odtworzenia śladu, bardzo szybko powstaje pytanie, czy pieniądze wysłano rzeczywiście w celu zakupu polskiego długu, czy dlatego, że ktoś znalazł dla nich bardziej prywatne zastosowanie.

Jednym z przedsiębiorstw, które pojawiało się w przepływach finansowych związanych z Funduszem, był Universal, duże przedsiębiorstwo handlu zagranicznego kierowane przez Dariusza Przywieczerskiego. To właśnie kontrolując Universal, Michał Falzmann zaczął natrafiać na operacje prowadzące w stronę FOZZ. W następnych latach sąd skazał Przywieczerskiego za przywłaszczenie na szkodę Funduszu łącznie ponad 1,5 mln dolarów. Ta kwota jest istotna również dlatego, że pokazuje różnicę pomiędzy całą aferą a konkretnymi czynami, za które można było ostatecznie przypisać indywidualną odpowiedzialność karną. FOZZ obracał gigantycznymi środkami, ale proces karny wymagał udowodnienia konkretnych transferów konkretnym ludziom – nie wystarczało przekonanie, że „gdzieś zniknął miliard”.

Michał Falzmann zaczyna zadawać niewygodne pytania

Najważniejszą postacią w ujawnieniu afery został Michał Falzmann, wówczas pracownik administracji skarbowej. Podczas kontroli Universalu w 1989 roku zaczął analizować powiązania finansowe przedsiębiorstwa i trafił na trop operacji związanych z FOZZ. Z czasem jego zainteresowanie przestało dotyczyć pojedynczej spółki. Falzmann doszedł do wniosku, że patrzy na mechanizm obejmujący ogromne publiczne pieniądze, banki, zagraniczne rachunki i instytucje państwowe.

W marcu 1991 roku rozpoczął pracę w Najwyższej Izbie Kontroli i dołączył do zespołu zajmującego się FOZZ. Kontrola prowadzona wspólnie przez NIK i Departament Kontroli Skarbowej Ministerstwa Finansów trwała od 28 stycznia do 25 czerwca 1991 roku. Falzmann stał się jej najbardziej rozpoznawalną postacią, bo nie ograniczał się do odnotowywania błędów formalnych. Próbował odtworzyć przepływy finansowe oraz odpowiedzieć na znacznie trudniejsze pytanie: gdzie naprawdę trafiły publiczne pieniądze i kto faktycznie kontrolował operacje Funduszu.

Michał Falzmann. To właśnie jego ustalenia doprowadziły do nagłośnienia skali nieprawidłowości w Funduszu.

14 czerwca 1991 roku Falzmann przedstawił swoje ustalenia na specjalnym spotkaniu, w którym uczestniczyli między innymi premier, minister finansów oraz kierownictwo NIK. Niespełna miesiąc później, 15 lipca, został czasowo odsunięty od dalszych czynności kontrolnych zespołu. NIK opisuje, że decyzja nastąpiła po skargach kierownictwa Banku Handlowego. Trzy dni później, 18 lipca 1991 roku, Michał Falzmann zmarł w wieku 38 lat na zawał serca.

Ta sekwencja wydarzeń stała się później jednym z najważniejszych źródeł legend i teorii dotyczących FOZZ. Młody kontroler trafia na gigantyczną aferę, naciska na instytucje państwa, zostaje odsunięty od części czynności i kilka dni później umiera. Rodzina i część osób związanych z Falzmannem przez lata wyrażała wątpliwości wobec oficjalnej przyczyny śmierci. Nie ma jednak prawomocnego ustalenia, które pozwalałoby pisać jako fakt, że Falzmann został zamordowany. W artykule historycznym tę granicę trzeba zaznaczyć szczególnie wyraźnie: podejrzana dla wielu osób chronologia jest faktem, zabójstwo – nieudowodnioną hipotezą.

Kontroler umiera. Kilka miesięcy później ginie prezes NIK

Jeśli śmierć Falzmanna wystarczała do powstania teorii spiskowych, to wydarzenia z października 1991 roku tylko je wzmocniły. Prezesem Najwyższej Izby Kontroli był wówczas prof. Walerian Pańko, prawnik, działacz opozycji demokratycznej i poseł, który objął NIK w maju 1991 roku. Pańko miał przedstawić w Sejmie ustalenia dotyczące FOZZ. Nie zdążył.

7 października 1991 roku rządowa Lancia, którą podróżował na trasie Warszawa-Katowice, wypadła z toru jazdy w okolicach Radomska i zderzyła się z samochodem BMW. Pańko zmarł po przewiezieniu do szpitala. Zginęły także dwie inne osoby. Wypadek wydarzył się cztery dni przed planowanym przedstawieniem wyników kontroli FOZZ w Sejmie.

Walerian Pańko, prezes Najwyższej Izby Kontroli. Zginął 7 października 1991 roku, kilka dni przed planowanym przedstawieniem w Sejmie wyników kontroli FOZZ.

Okoliczności oczywiście natychmiast wzbudziły podejrzenia. W mediach spekulowano o zamachu, podłożonym ładunku, ingerencji służb i celowym uszkodzeniu samochodu. Tutaj jednak także trzeba zatrzymać się przed granicą sensacji. Prowadzone ekspertyzy nie potwierdziły podłożenia bomby ani celowego uszkodzenia Lancii. Za spowodowanie katastrofy skazano kierowcę samochodu służbowego, którego później ułaskawił prezydent Aleksander Kwaśniewski. To nie oznacza, że wszystkie wątpliwości historyczne zniknęły, ale nie ma podstaw, by jako ustalony fakt przedstawiać zamach na prezesa NIK. W przypadku FOZZ wyjątkowo łatwo przejść od dokumentów do legendy, bo rzeczywiste wydarzenia same w sobie brzmią jak scenariusz politycznego thrillera.

Co właściwie ustaliła NIK?

Kontrola przyniosła obraz instytucji, w której skala swobody finansowej była nieproporcjonalna do jakości nadzoru. Księgi rachunkowe były prowadzone w sposób, który nie pozwalał wiarygodnie zweryfikować wszystkich dochodów i wydatków, dokumentacja była niepełna, a część decyzji podejmowano w sposób trudny do późniejszego odtworzenia. W lipcu 1990 roku Rada Nadzorcza FOZZ odmówiła zatwierdzenia bilansów, zawiesiła kierownictwo Funduszu i poleciła zamknięcie prowadzonych operacji. Po zakończeniu kontroli NIK 8 lipca 1991 roku Anatol Lawina zawiadomił Prokuraturę Wojewódzką w Warszawie o stwierdzonych nieprawidłowościach i podejrzeniu przestępstwa niegospodarności.

Co istotne, NIK nie ograniczała odpowiedzialności wyłącznie do kilku najbardziej rozpoznawalnych pracowników FOZZ. W historycznym podsumowaniu kontroli Izba wskazuje również dyrekcję, członków Rady Nadzorczej oraz – w zakresie braku skutecznego nadzoru – ówczesnych ministrów finansów. To jeden z powodów, dla których afera stała się czymś więcej niż zwykłą sprawą defraudacji. Pokazała słabość państwa znajdującego się w momencie gwałtownej transformacji, kiedy stare struktury jeszcze funkcjonowały, nowe dopiero powstawały, a pomiędzy nimi krążyły gigantyczne kwoty w walutach zagranicznych.

Warto również uważać z liczbami. W publicystyce dotyczącej FOZZ można znaleźć kwoty od kilkuset milionów złotych aż po miliardy dolarów. Sąd w procesie karnym przyjął, że udowodnione straty wyniosły co najmniej 134 mln zł, natomiast prokuratura szacowała je na około 350 mln zł. To właśnie te wartości są najbezpieczniejszym punktem odniesienia. Większe szacunki dotyczące całego strumienia pieniędzy, potencjalnych strat czy środków, których losu nie odtworzono, pojawiają się w opracowaniach i publicystyce, ale nie powinny być przedstawiane jako kwota prawomocnie udowodnionej defraudacji.

Proces, który niemal sam stał się zabytkiem III RP

Śledztwo rozpoczęto w 1991 roku. Pierwszy akt oskarżenia trafił do sądu w 1993 roku, ale został zwrócony prokuraturze. Kolejny wniesiono dopiero w 1998 roku. Proces rozpoczął się w grudniu 2000 roku, lecz już w następnym roku został przerwany, gdy prowadząca sprawę sędzia Barbara Piwnik objęła urząd ministra sprawiedliwości. Postępowanie ruszyło ponownie w 2002 roku pod przewodnictwem sędziego Andrzeja Kryżego. Nad sprawą wisiało przedawnienie części czynów, dlatego tempo postępowania miało kluczowe znaczenie.

Wyrok Sądu Okręgowego w Warszawie zapadł 29 marca 2005 roku, czyli czternaście lat po rozpoczęciu śledztwa. Sąd uznał winę sześciorga oskarżonych. Grzegorz Żemek został pierwotnie skazany na 9 lat więzienia, Janina Chim na 6 lat, a Dariusz Przywieczerski na 3,5 roku. W 2006 roku Sąd Apelacyjny złagodził część kar – Żemkowi do 8 lat, Chim do 5 lat, a w jednym z wątków Przywieczerskiemu do 2,5 roku. Późniejsze rozstrzygnięcia dotyczące drugiego czynu Przywieczerskiego oraz wyrok łączny doprowadziły ostatecznie do kary łącznej 3 lat i 6 miesięcy.

Oskarżeni w procesie FOZZ. Od lewej: Grzegorz Żemek, Janina Chim, Krzysztof Komornicki, Irena Ebbinghaus i Dariusz Przywieczerski. Fotografia pochodzi z materiału prasowego „Rzeczpospolitej”; przed wykorzystaniem publikacyjnym należy sprawdzić warunki licencji.

Szczególnie filmowy był dalszy los Przywieczerskiego. Po wyroku pozostawał poza Polską i przez lata mieszkał w Stanach Zjednoczonych. Polska wystąpiła o jego ekstradycję już w 2006 roku, później procedurę uzupełniano i ponawiano. Ostatecznie został zatrzymany na Florydzie w 2017 roku, a po zakończeniu postępowania ekstradycyjnego Stany Zjednoczone zgodziły się na jego wydanie. 8 września 2018 roku Przywieczerski wrócił do Polski w konwoju policyjnym, ponad trzynaście lat po pierwszym wyroku. Historia rozpoczęta w epoce telefonów stacjonarnych, Peweksów i państwowych central handlu zagranicznego miała więc swój kolejny rozdział w czasach smartfonów, kryptowalut i bankowości mobilnej.

A gdzie właściwie podziały się pieniądze?

To pytanie jest jednym z powodów, dla których FOZZ tak mocno zakorzenił się w zbiorowej wyobraźni. Sąd potrafił przypisać konkretnym oskarżonym konkretne czyny i konkretne kwoty. NIK potrafiła wskazać gigantyczny chaos księgowy, nierzetelne dokumentowanie operacji, kredyty, zagraniczne przelewy i działania niemające związku z ustawowym celem Funduszu. Znacznie trudniej było stworzyć jedną kompletną mapę wszystkich pieniędzy, które w ciągu działania FOZZ przepłynęły przez zagraniczne rachunki, banki, pośredników oraz przedsiębiorstwa.

W pewnym sensie mechanizm sam utrudniał późniejsze dochodzenie. Operacje miały być poufne. Część wykonywano za pośrednictwem firmantów. Dokumentacja była niepełna. Decyzje nie zawsze pozostawiały klasyczny ślad charakterystyczny dla normalnie funkcjonującej instytucji finansowej. Kiedy kilka lat później śledczy próbowali odtworzyć każdą operację, musieli działać na materiale, który już w momencie powstawania był chaotyczny.

Dlatego zdanie „z FOZZ ukradziono miliard dolarów” brzmi efektownie, ale upraszcza problem. Prawdziwa historia jest bardziej skomplikowana. Część pieniędzy została przywłaszczona, część rozdysponowano w sposób niezgodny z prawem lub celem Funduszu, część operacji przyniosła straty, a części przepływów nie udało się dostatecznie odtworzyć. To właśnie dlatego istnieje tak duża różnica pomiędzy kwotą obracającą się w opowieściach o całej aferze a kwotą szkody, którą można było udowodnić przed sądem zgodnie ze standardami procesu karnego.

FOZZ i służby. Tu fakty wyjątkowo łatwo mieszają się z teoriami

W przypadku mało której polskiej afery gospodarczej narosło tyle teorii dotyczących służb specjalnych. Nie powstały one całkowicie z niczego. Grzegorz Żemek przyznał podczas procesu do współpracy z wojskowymi służbami PRL, a w dokumentach i opracowaniach dotyczących sprawy występują kolejne osoby posiadające podobne związki. Czas transformacji był okresem, w którym ludzie wywiadu, handlu zagranicznego i państwowych przedsiębiorstw posiadali coś niezwykle cennego: znajomość języków, kontakty na Zachodzie, możliwość zakładania rachunków za granicą, wiedzę o międzynarodowych finansach oraz dostęp do walut. To były kompetencje bardzo rzadkie w gospodarce PRL, a niezwykle wartościowe podczas gwałtownego przejścia do kapitalizmu.

Z tego faktu powstała później znacznie szersza narracja, według której pieniądze FOZZ miały finansować tworzenie nowych elit biznesowych, mediów, partii politycznych czy całego systemu gospodarczego III RP. Niektóre z tych tez są atrakcyjne publicystycznie, ale stopień ich udokumentowania jest bardzo różny. W gotowym materiale historycznym nie warto udawać, że znamy odpowiedź na każde pytanie tylko dlatego, że FOZZ rzeczywiście miał związki ze środowiskiem służb. Największa siła tej afery polega właśnie na tym, że udowodnione fakty są wystarczająco mocne bez dopisywania tego, czego nigdy nie potwierdził sąd ani kontrola państwowa.

Falzmann i Pańko – dlaczego te dwie śmierci do dziś są częścią historii FOZZ?

Trudno całkowicie pominąć ten temat, bo bez niego artykuł o FOZZ byłby niepełny. W ciągu niecałych trzech miesięcy zmarł kontroler, który stał się symbolem ujawniania afery, a następnie zginął prezes instytucji mającej przedstawić jej wyniki parlamentowi. Sama chronologia jest wyjątkowa i nic dziwnego, że od początku budziła emocje.

Jednocześnie właśnie tutaj odpowiedzialne opisywanie historii jest szczególnie potrzebne. Michał Falzmann oficjalnie zmarł na zawał serca. Nie ma prawomocnego ustalenia, że został zamordowany. W przypadku Waleriana Pańki śledczy badali możliwość zamachu, ale ekspertyzy wykluczyły bombę i celowe uszkodzenie samochodu; odpowiedzialność za spowodowanie wypadku przypisano kierowcy. To, że część rodziny, współpracowników i publicystów przez lata kwestionowała te ustalenia, jest faktem historycznym. Zamienianie tych wątpliwości w pewnik byłoby już czymś innym.

I paradoksalnie nie jest to potrzebne, by FOZZ był historią niezwykłą. Państwowa instytucja obracająca gigantycznymi środkami, wojskowe służby w tle, zagraniczne konta, miliony dolarów przesuwane bez właściwej dokumentacji, proces ciągnący się przez kilkanaście lat i główny biznesmen sprowadzany po latach ze Stanów Zjednoczonych to materiał wystarczająco sensacyjny bez dokładania nieudowodnionych zabójstw.

Fundusz zlikwidowano w 1990 roku. Jego historię zamknięto… w 2015

Jest jeszcze jeden detal dobrze pokazujący, jak długo państwo sprzątało po FOZZ. Już w 1990 roku działalność Funduszu została zatrzymana i rozpoczęto jego likwidację. Tymczasem prawomocny wyrok w ostatnim postępowaniu sądowym prowadzonym z udziałem „FOZZ w likwidacji” zapadł dopiero 4 grudnia 2014 roku, a minister finansów zatwierdził bilans zamknięcia Funduszu 5 stycznia 2015 roku.

Innymi słowy, jedna z najbardziej symbolicznych instytucji schyłku PRL formalnie domykała swoje sprawy ćwierć wieku po rozpoczęciu transformacji. W tym czasie Polska zdążyła przejść hiperinflację, denominację złotego, wejść do NATO i Unii Europejskiej, przeżyć kilka kryzysów gospodarczych oraz całkowicie zmienić system bankowy. Akta FOZZ nadal pozostawały jednak otwartym rachunkiem z pierwszych miesięcy III RP.

Dlaczego FOZZ był możliwy?

Najłatwiej odpowiedzieć: bo kilku ludzi chciało ukraść pieniądze. To jednak nie tłumaczy, dlaczego mogli robić to na taką skalę. FOZZ powstał w wyjątkowym momencie, gdy reguły starego systemu przestawały działać, a nowe mechanizmy kontroli dopiero się tworzyły. Państwo chciało działać jak uczestnik zachodniego rynku finansowego, ale jego instytucje pochodziły jeszcze z gospodarki centralnie planowanej. Kadry potrafiące obracać walutami i prowadzić skomplikowane transakcje międzynarodowe wywodziły się często z tych samych środowisk handlu zagranicznego i służb, które posiadały uprzywilejowaną pozycję w PRL.

Do tego dochodziła tajemnica. Normalnie brak dokumentacji jest sygnałem alarmowym. W FOZZ część dyskrecji można było tłumaczyć interesem ekonomicznym państwa. Normalnie pośrednik budzi pytanie: po co on jest? Tutaj odpowiedź mogła brzmieć: żeby wierzyciel nie dowiedział się, że Polska wykupuje własny dług. Normalnie przelew na zagraniczny rachunek wymaga bardzo dokładnej kontroli. Tutaj zagraniczne operacje były podstawą działalności. Każda cecha zwiększająca skuteczność legalnego mechanizmu jednocześnie utrudniała kontrolowanie nadużyć.

To niemal podręcznikowy przykład, dlaczego niebezpieczne jest łączenie ogromnych pieniędzy, tajności, szerokiej uznaniowości i słabej kontroli. Jeśli jedna osoba albo niewielka grupa może powiedzieć „nie możemy wam dokładnie wyjaśnić, co robimy, bo operacja musi być tajna”, kontrola powinna być silniejsza, a nie słabsza.

„Matka wszystkich afer” nie dlatego, że znamy wszystkie odpowiedzi

FOZZ nazywano przez lata „matką wszystkich afer” III RP. Określenie jest efektowne, ale jego prawdziwy sens nie polega nawet na samej wysokości strat. Późniejsza Polska widziała przecież upadki banków, piramidy finansowe, miliardowe oszustwa podatkowe i afery korporacyjne o ogromnej skali. FOZZ był wyjątkowy dlatego, że wydarzył się na samym początku nowego państwa i połączył niemal wszystko, co miało przez kolejne lata budzić największe emocje: pieniądze publiczne, prywatyzację, służby, banki, politykę, prywatny biznes, zagraniczne rachunki oraz nieskuteczny przez lata wymiar sprawiedliwości.

To również historia o ogromnym znaczeniu kontroli. Gdyby Michał Falzmann potraktował zauważone nieprawidłowości w Universalu jako kolejną dziwną księgową sprawę i zamknął segregator, być może część mechanizmu pozostałaby znacznie dłużej poza zainteresowaniem państwa. Jednocześnie FOZZ pokazuje ograniczenia nawet najbardziej zdeterminowanego kontrolera: można ujawnić system, można zbudować tysiące tomów akt i można doprowadzić główne osoby przed sąd, ale po kilkunastu latach nie zawsze da się jeszcze odpowiedzieć, gdzie znajduje się każda wyprowadzona złotówka i kto o wszystkim wiedział.

Najważniejsza lekcja nie dotyczy więc wyłącznie Polski początku lat 90. Każdy system, w którym publiczne pieniądze mogą być przesuwane poza normalną kontrolą, bo „sprawa jest poufna”, „operacja jest wyjątkowa” albo „tak trzeba działać szybko”, powinien zapalać wszystkie możliwe czerwone lampki. Tajemnica może być czasem potrzebna państwu. Ale tajemnica bez kontroli jest również idealnym miejscem, żeby publiczne pieniądze przestały być publiczne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *