Można jednocześnie popierać ograniczenie dostępu dzieci do mediów społecznościowych, zakaz korzystania ze smartfonów w szkołach i stanowczo sprzeciwiać się cenzurze internetu. Nie ma w tym żadnej sprzeczności. Ochrona najmłodszych jest obowiązkiem państwa, rodziców i firm technologicznych, ale nie może stanowić uniwersalnego usprawiedliwienia dla rozszerzania kontroli nad tym, co wolno publikować i czytać w sieci. Szczególnie wtedy, gdy argument bezpieczeństwa dzieci pojawia się w debacie o przepisach dotyczących wszystkich obywateli, również dorosłych.

Ostatnie wydarzenia w polskich szkołach pokazały, jak poważnym problemem potrafią być przemoc wśród młodzieży, internetowe groźby i błyskawicznie rozprzestrzeniająca się panika. Trudno przejść obojętnie wobec tragedii, w których giną ludzie, a rodzice zaczynają obawiać się wysyłania własnych dzieci na lekcje. Równie trudno kwestionować potrzebę stanowczej reakcji służb. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy z uzasadnionej potrzeby ochrony dzieci wyprowadza się znacznie szerszy postulat zwiększenia kontroli nad internetem. W takim momencie konieczna jest szczególna ostrożność. Prawo uchwalane pod wpływem strachu pozostaje przecież prawem również wtedy, gdy emocje opadną.

„Krwawy piątek” pokazał realny problem. Ale czy jego rozwiązaniem jest cenzura?

Październik 2026 roku przyniósł wydarzenia, których nie sposób bagatelizować. Atak w Ostrołęce, tragiczne wydarzenia w Leszczydole-Nowinach pod Wyszkowem i kolejne zatrzymania nastolatków sprawiły, że bezpieczeństwo polskich szkół znalazło się w centrum publicznej debaty. Szczególny niepokój wywołała zapowiedź tak zwanego „krwawego piątku”, który miał przypaść na 9 października. W mediach społecznościowych rozpowszechniano nagrania, ostrzeżenia i pogłoski o kolejnych atakach. Część placówek zawieszała tradycyjne zajęcia, a policja prowadziła szeroko zakrojone działania prewencyjne.

Trzeba jednak zachować fundamentalne rozróżnienie. Rzeczywiste akty przemocy, karalne groźby oraz niepotwierdzone informacje o rzekomym skoordynowanym internetowym wyzwaniu nie są jednym i tym samym. Służby nie potwierdziły, że tragiczne wydarzenia stanowiły element jednej zorganizowanej akcji. Sam fakt rozpowszechniania informacji o internetowym „challenge’u” nie jest dowodem, że taki mechanizm rzeczywiście odpowiadał za popełnione przestępstwa.

To rozróżnienie ma znaczenie również dla proponowanych rozwiązań. Jeżeli ktoś publikuje wiarygodną groźbę zabójstwa, zapowiada zamach na szkołę albo nawołuje do popełnienia przestępstwa, państwo ma obowiązek reagować. Policja powinna ustalać sprawców, zabezpieczać dowody, weryfikować zagrożenia i podejmować odpowiednie działania. Internet nie jest przestrzenią wyłączoną spod prawa, a ekran smartfona nie daje nikomu immunitetu. Nie oznacza to jednak, że rozwiązaniem problemu przemocy ma być rozszerzanie kontroli nad wszystkimi wypowiedziami publikowanymi w sieci.

Co więcej, zbyt pochopne obwinianie mediów społecznościowych może odwracać uwagę od znacznie trudniejszych pytań. Dlaczego młody człowiek sięga po przemoc? Czy otoczenie dostrzegało wcześniej sygnały ostrzegawcze? Jak funkcjonuje pomoc psychologiczna? Czy szkoła potrafi reagować na groźby, wykluczenie i narastające konflikty? Jakie znaczenie mają środowisko rodzinne, relacje rówieśnicze i ewentualny kontakt z brutalnymi treściami? Próba sprowadzenia całego problemu do internetu może być wygodna, ale nie musi być prawdziwa. Wymagałaby dowodów, a nie samego następstwa wydarzeń.

Nie wolno przy tym zapominać o ofiarach. Ich tragedie zasługują na wyjaśnienie okoliczności i realne działania zapobiegawcze, a nie na wykorzystywanie ich jako argumentu rozstrzygającego każdy spór o regulację internetu.

Ograniczenie mediów społecznościowych dla dzieci? TAK, i są ku temu powody

Sprzeciw wobec cenzury nie oznacza, że każdy siedmiolatek powinien mieć nieograniczony dostęp do TikToka, Instagrama czy innych platform społecznościowych. Wręcz przeciwnie. Istnieją poważne argumenty przemawiające za wprowadzeniem skuteczniejszych ograniczeń wiekowych. Dziecko nie powinno być pozostawione samemu sobie w środowisku zaprojektowanym przez wielkie korporacje do maksymalnego przyciągania i utrzymywania uwagi użytkownika. Nie chodzi przy tym wyłącznie o nieodpowiednie materiały. Problemem są również mechanizmy rekomendacji, niekończące się przewijanie treści, presja społeczna, kontakt z nieznajomymi, cyberprzemoc i komercyjne wykorzystywanie danych o zachowaniu użytkowników.

Skalę zjawiska dobrze pokazuje raport „Internet dzieci 2026”. Według przedstawionych w nim danych z mediów społecznościowych korzysta około 60% dzieci poniżej 15. roku życia, a w grupie 7–14 lat kontakt z serwisami i aplikacjami zawierającymi materiały pornograficzne miało około 32% badanych. To nie są dane, które można zbyć stwierdzeniem, że rodzice powinni po prostu bardziej pilnować swoich dzieci. Odpowiedzialność rodzicielska jest niezwykle ważna, ale funkcjonuje dziś w środowisku, w którym po drugiej stronie znajdują się firmy dysponujące ogromnymi zasobami, danymi i zaawansowaną technologią służącą do angażowania odbiorców.

Dlatego propozycja wprowadzenia minimalnego wieku dostępu do określonych mediów społecznościowych zasługuje na poważną debatę. W Polsce Ministerstwo Cyfryzacji deklaruje dążenie do ustanowienia granicy 15 lat. Australia poszła dalej, wprowadzając od grudnia 2025 roku obowiązek podejmowania przez wybrane platformy działań uniemożliwiających posiadanie kont przez osoby poniżej 16. roku życia. Pierwsze australijskie badania pokazały spadek odsetka najmłodszych użytkowników posiadających konta, choć część nastolatków nadal korzysta z tych serwisów, a długoterminowe skutki regulacji pozostają przedmiotem badań.

Nie można jednak przemilczeć argumentów przeciwników takich ograniczeń. Dla części młodzieży internetowe społeczności są miejscem budowania relacji, rozwijania zainteresowań, poszukiwania wsparcia i kontaktu z rówieśnikami. Całkowite odcięcie nastolatków od określonych usług może prowadzić do omijania zabezpieczeń, korzystania z mniej bezpiecznych platform albo utraty dostępu do wartościowych społeczności. Znaczenie ma więc nie tylko wiek, ale również konstrukcja przepisów: trzeba odróżnić algorytmiczny serwis społecznościowy od komunikatora służącego kontaktowi z rodziną, narzędzia edukacyjnego czy specjalistycznej społeczności zapewniającej pomoc.

Ograniczanie dostępu dzieci do konkretnych produktów cyfrowych nie jest jednak tym samym, co ograniczanie dostępu wszystkich obywateli do legalnych treści. Można wymagać od platform skuteczniejszej weryfikacji wieku, bezpiecznych ustawień domyślnych, ograniczenia profilowania nieletnich czy rezygnacji z agresywnych mechanizmów angażowania uwagi. Nie trzeba w tym celu ustanawiać ogólnej zasady, zgodnie z którą państwo będzie decydowało, jakie legalne informacje są odpowiednie dla całego społeczeństwa.

Smartfony w szkołach? Ograniczenia również mają sens

Podobnie wygląda kwestia smartfonów w placówkach oświatowych. Szkoła ma przede wszystkim zapewniać warunki do nauki, rozwoju i budowania bezpośrednich relacji. Trudno realizować te cele, gdy podczas lekcji uczeń odbiera kolejne powiadomienia, a każda przerwa zamienia się w przeglądanie krótkich filmów. Według danych OECD z badania PISA 2022 około 30% uczniów w krajach organizacji deklarowało, że podczas większości lub wszystkich lekcji matematyki rozpraszają ich urządzenia cyfrowe. Nie dowodzi to, że sam zakaz rozwiąże problemy edukacji, ale pokazuje, że ograniczanie cyfrowych rozproszeń ma konkretne uzasadnienie.

Polska od 1 września 2026 roku stosuje już przepisy ograniczające korzystanie z telefonów w szkołach podstawowych i przedszkolach. Ustawowe rozwiązania przewidują wyjątki, między innymi wynikające ze stanu zdrowia, niepełnosprawności, szczególnych potrzeb oraz sytuacji zagrożenia. Szkoły ponadpodstawowe mogą określać odpowiednie zasady w swoich statutach. To przykład regulacji odnoszącej się do konkretnego środowiska i konkretnego problemu, a nie próby kontrolowania tego, jakie treści mogą publikować dorośli internauci.

Smartfon stał się niemal stałym elementem szkolnej codzienności. Ograniczenie korzystania z niego podczas nauki nie oznacza jednak zakazu korzystania z internetu poza szkołą. Fot. StarDream23 / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0.

Oczywiście i tutaj potrzebny jest rozsądek. Telefon bywa narzędziem kontaktu z rodzicami, pomaga w sytuacjach nagłych, a czasem wspiera leczenie czy edukację. Nie ma powodu, aby walka z rozproszeniem prowadziła do pozbawiania uczniów niezbędnych udogodnień. Równie niewłaściwe byłoby traktowanie smartfonów jako jedynej przyczyny problemów z koncentracją, wychowaniem czy relacjami społecznymi. Ograniczenia powinny być proporcjonalne, przewidywalne i dostosowane do realnych potrzeb uczniów.

Właśnie na tym polega różnica między rozsądną regulacją a nadmierną ingerencją. Szkoła może ograniczać korzystanie z telefonu podczas zajęć, nie decydując jednocześnie, co nauczyciel, rodzic lub pełnoletni uczeń ma prawo przeczytać, napisać czy opublikować w internecie.

ACTA 2.0. Czy ochrona dzieci musi oznaczać większą kontrolę nad treściami?

W Polsce równolegle toczy się debata nad drugą częścią przepisów wdrażających Digital Services Act, czyli unijny akt o usługach cyfrowych. Sejm uchwalił odpowiednią nowelizację 8 października 2026 roku, a 13 października Senat przyjął do niej dziesięć poprawek. Projekt wrócił więc do Sejmu. W proponowanym modelu Prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej oraz, w określonym zakresie, Przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji mają uzyskać kompetencje do wydawania nakazów ograniczenia dostępu do treści związanych z konkretnymi naruszeniami prawa.

Trzeba przyznać, że obecny projekt nie jest prostym mechanizmem pozwalającym dowolnemu urzędnikowi usuwać wszystko, co mu się nie podoba. Katalog podstaw blokowania został ograniczony do określonych czynów zabronionych, przewidziano udział stron postępowania oraz kontrolę sądową. Co do zasady sprzeciw do sądu ma wstrzymywać wykonanie nakazu, choć przewidziano również wyjątki dla najpoważniejszych kategorii przestępstw. Senackie poprawki rozszerzyły część przypadków umożliwiających natychmiastowe wykonanie decyzji, między innymi w sprawach dotyczących gróźb, nawoływania do samobójstwa czy niektórych szczególnie poważnych czynów przeciwko życiu i zdrowiu.

To istotne zabezpieczenia i nie należy ich pomijać. Krytyka nowych regulacji powinna opierać się na rzeczywistym brzmieniu projektowanych przepisów, a nie na przekonaniu, że państwo otrzymuje nieograniczoną możliwość kasowania każdej niewygodnej opinii. Nie oznacza to jednak, że wszystkie obawy zostały wyeliminowane. Najważniejsze pytanie dotyczy tego, czy administracyjne narzędzia ingerencji w dostępność treści będą wystarczająco precyzyjne, proporcjonalne i odporne na błędy oraz nadużycia. Szczególne znaczenie ma szybkość sądowej kontroli, możliwość skutecznej obrony autora publikacji i zakres faktycznej blokady.

Należy także odróżniać unijne DSA od polskich przepisów ustanawiających procedurę wydawania nakazów blokowania treści. DSA reguluje między innymi przejrzystość platform, zasady moderowania treści i ochronę użytkowników przed arbitralnymi decyzjami firm technologicznych. Samo w sobie nie jest po prostu przepisem o państwowej cenzurze. Z kolei nazwa „ACTA 2.0”, wykorzystywana w debacie publicznej i naszym cyklu, jest publicystycznym nawiązaniem do historycznych sporów o wolność internetu, a nie nazwą obecnego aktu prawnego. Można popierać większą odpowiedzialność platform, a jednocześnie krytycznie oceniać zakres uprawnień, które uzyskują organy państwowe.

Walka z przestępczością nie jest cenzurą. Ale nie wszystko, co szkodliwe, jest nielegalne

Najmocniejszym argumentem zwolenników nowych mechanizmów jest konieczność skutecznego reagowania na przestępstwa popełniane przy użyciu internetu. To argument, którego nie należy lekceważyć. Strona wyłudzająca hasła do bankowości, materiały przedstawiające seksualne wykorzystywanie dzieci, wiarygodne groźby zabójstwa czy nawoływanie do popełnienia przestępstwa nie powinny pozostawać dostępne wyłącznie dlatego, że tradycyjne postępowania bywają powolne. Dla ofiary oszustwa nawet kilkanaście godzin działania fałszywej witryny może oznaczać realną stratę, a w przypadku bezpośrednich zagrożeń przemocą czas reakcji może mieć jeszcze większe znaczenie.

Nie każdy nakaz usunięcia nielegalnego materiału jest więc cenzurą. Państwo ma prawo zwalczać przestępczość, a wolność wypowiedzi nie daje prawa do bezkarnego grożenia innym ludziom czy rozpowszechniania materiałów dokumentujących wykorzystywanie dzieci. Problem pojawia się przy przesuwaniu granicy między treścią faktycznie nielegalną a treścią jedynie nieprzyjemną, kontrowersyjną, obraźliwą lub uznawaną za szkodliwą. To, że wypowiedź kogoś oburza, nie oznacza automatycznie, że jej autor popełnia przestępstwo. Ostra krytyka polityka nie staje się bezprawna dlatego, że jest dla niego niewygodna. Surowa recenzja przedsiębiorstwa nie powinna znikać tylko dlatego, że szkodzi jego reputacji. Krytyka religii, ideologii, instytucji publicznej czy dominującego poglądu społecznego nie może być utożsamiana z nawoływaniem do przemocy.

Właśnie dlatego pojęcie „szkodliwych treści” wymaga szczególnej ostrożności. W odniesieniu do dzieci określony materiał może być niewłaściwy ze względu na ich wiek i rozwój. Nie oznacza to jednak, że powinien być automatycznie niedostępny dla dorosłych. Brutalny reportaż wojenny może być nieodpowiedni dla dziesięciolatka, ale jednocześnie mieć ogromną wartość informacyjną. Publikacja dotycząca przestępstw seksualnych może zawierać opisy, przed którymi warto chronić najmłodszych, a mimo to stanowić ważny materiał dziennikarski. Film dokumentujący przemoc może szokować, ale być dowodem nadużyć. Ograniczenie dzieciom dostępu do takich materiałów to zupełnie inna decyzja niż usunięcie tych materiałów z internetu dla wszystkich.

Najbardziej niebezpieczne jest prawo tworzone pod wpływem emocji

Wróćmy do wydarzeń z października. Po serii ataków i internetowych gróźb można zrozumieć oczekiwanie społeczne, że państwo zrobi coś zdecydowanego. Rodzice chcą wiedzieć, że ich dzieci wrócą bezpiecznie ze szkoły. Nauczyciele oczekują wsparcia, a służby potrzebują narzędzi do identyfikowania rzeczywistych zagrożeń. W takich momentach hasła o bezpieczeństwie dzieci mają wyjątkową siłę.

Właśnie dlatego wymagają odpowiedzialnego używania. Dyskusja o ograniczeniu dostępu nieletnich do mediów społecznościowych, rozmowa o przemocy w szkołach i prace nad uprawnieniami administracji do blokowania internetowych publikacji dotyczą trzech różnych problemów. Mogą się ze sobą łączyć, ale nie powinny być przedstawiane tak, jakby od przyznania urzędnikom nowych kompetencji zależało samo bezpieczeństwo dzieci. To zbyt daleko idące uproszczenie.

Wyobraźmy sobie, że w przyszłości pojawia się propozycja szerszego ograniczania legalnych publikacji uznanych przez administrację za potencjalnie szkodliwe. Zapewne można byłoby ją uzasadniać ochroną przed przemocą, manipulacją albo nieodpowiednimi treściami. Każdy z tych celów brzmi przekonująco, dopóki nie zadamy podstawowego pytania: kto konkretnie ma decydować, jakie informacje mogą pozostać dostępne, według jakich kryteriów, z jakimi gwarancjami odwołania i jakimi konsekwencjami za błędną decyzję?

W polskiej Konstytucji nie bez powodu zagwarantowano wolność wyrażania poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji, a cenzurę prewencyjną środków społecznego przekazu zakazano. Nie oznacza to oczywiście, że wolność słowa jest nieograniczona albo że żadna legalna publikacja nie może podlegać określonym ograniczeniom. Oznacza natomiast, że ingerencja w tę wolność wymaga wyraźnej podstawy prawnej, konieczności, proporcjonalności i skutecznych gwarancji przed nadużyciami. Tych wymagań nie powinno się traktować jako przeszkody w ochronie dzieci, lecz jako integralny element praworządnego działania państwa.

Protest przeciw ACTA przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie, 11 lutego 2012 roku. Dzisiejsze regulacje różnią się od historycznego ACTA, ale spór o granice kontroli internetu pozostaje aktualny. Fot. Adam Kliczek / Wikimedia Commons, CC BY-SA 3.0 PL.

Ochrona dzieci nie może oznaczać końca prywatności wszystkich internautów

Osobnym zagadnieniem jest sposób egzekwowania ograniczeń wiekowych. Sam postulat, aby dzieci nie mogły korzystać z określonych platform, nie rozwiązuje problemu weryfikacji wieku. Wymaganie, by każdy użytkownik internetu przesyłał zdjęcie dowodu osobistego lub skan twarzy do kolejnych usług, mogłoby stworzyć nowe zagrożenia. Im więcej firm gromadzi wrażliwe informacje, tym więcej miejsc, w których może dojść do naruszenia bezpieczeństwa danych. A przecież system weryfikacji wieku ma chronić użytkowników, nie zmuszać ich do oddawania prywatności kolejnym podmiotom.

Nie jest to argument przeciwko wszelkim ograniczeniom wiekowym. Istnieją rozwiązania oparte na potwierdzaniu wieku bez przekazywania serwisowi pełnych danych identyfikacyjnych. Warto je rozwijać i oceniać zarówno pod względem skuteczności, jak i ryzyka nadużyć. Trzeba jednak postawić wyraźną granicę: ochrona dzieci nie powinna stać się pretekstem do stworzenia systemu powszechnej identyfikacji wszystkich osób korzystających z internetu. Anonimowość i możliwość wypowiadania się bez ujawniania publicznie swojej tożsamości bywają ważne dla sygnalistów, dziennikarzy, ofiar przemocy oraz zwykłych obywateli krytykujących wpływowe osoby i instytucje.

Warto także pamiętać, że zagrożenia dla swobody wypowiedzi nie pochodzą wyłącznie od państwa. Prywatne platformy również podejmują błędne i arbitralne decyzje moderacyjne. Mogą ograniczać zasięg legalnych publikacji, zawieszać konta albo niesłusznie usuwać treści. Dlatego skuteczna ochrona praw internautów powinna działać w obie strony: chronić przed nieuzasadnionymi decyzjami urzędów i zapewniać użytkownikom realną możliwość kwestionowania działań wielkich firm technologicznych. Odpowiednie mechanizmy przejrzystości i odwołań są zresztą jednym z istotnych elementów samego DSA.

Zamiast coraz szerszej kontroli internetu potrzebujemy skuteczniejszych, precyzyjnych narzędzi

Rozwiązania nie muszą polegać na wyborze między internetem całkowicie pozbawionym zasad a internetem, nad którym coraz większą kontrolę sprawuje państwo. Istnieje znacznie więcej możliwości. Można wymagać skuteczniejszego reagowania na karalne groźby, zwalczać internetowe oszustwa, nakładać na platformy obowiązki dotyczące bezpieczeństwa najmłodszych, ograniczać profilowanie dzieci, egzekwować minimalny wiek korzystania z określonych usług i zapewniać szkołom narzędzia do przeciwdziałania przemocy.

Równolegle trzeba inwestować w edukację cyfrową, wsparcie psychologiczne, szkolenia nauczycieli i skuteczne procedury reagowania na sygnały zagrożenia. Sam zakaz korzystania ze smartfona nie nauczy dziecka rozpoznawać manipulacji, a zablokowanie określonej platformy nie zastąpi rozmowy z rodzicem. Podobnie usunięcie jednej groźby z internetu nie rozwiąże problemu człowieka, który rzeczywiście zamierza kogoś skrzywdzić. Technologia może ułatwiać wykrywanie zagrożeń, ale nie zastąpi działań wychowawczych, profilaktycznych i śledczych.

Tam, gdzie konieczne są nakazy usuwania nielegalnych materiałów, powinny być one możliwie precyzyjne, ograniczone do rzeczywistego naruszenia i podlegać skutecznej kontroli. Blokowanie całej domeny z powodu określonych treści wymaga szczególnej ostrożności, ponieważ może odciąć dostęp również do legalnych informacji. Podobnie natychmiastowe wykonanie decyzji przed jej sądową weryfikacją powinno pozostawać wyjątkowym rozwiązaniem uzasadnionym wagą zagrożenia, a nie stawać się standardem. Jeśli publikacja zostanie niesłusznie usunięta, samo późniejsze formalne stwierdzenie błędu nie zawsze wystarczy. Dla materiału dziennikarskiego, który dotyczył konkretnego wydarzenia, kilka dni niedostępności może oznaczać utratę całego znaczenia publikacji.

Państwo powinno być skuteczne w ściganiu przestępstw, ale równie skuteczne w ochronie praw osób, które żadnego przestępstwa nie popełniły. Te cele nie muszą się wykluczać.

Dzieci trzeba chronić. Nie wolno się nimi zasłaniać

W całej tej dyskusji najbardziej niepokojąca jest próba sprowadzenia skomplikowanego sporu o wolność słowa do prostego moralnego wyboru. Jeżeli popierasz nowe ograniczenia, jesteś za bezpieczeństwem dzieci. Jeżeli masz wątpliwości, nie rozumiesz zagrożeń albo przedkładasz abstrakcyjną wolność nad życie i zdrowie najmłodszych. To fałszywa alternatywa, która utrudnia rzeczową debatę.

Można być zwolennikiem ograniczenia mediów społecznościowych dla dzieci i jednocześnie przeciwnikiem administracyjnej ingerencji w legalne wypowiedzi dorosłych. Można popierać zakaz korzystania ze smartfonów podczas lekcji i sprzeciwiać się blokowaniu całych serwisów z powodu pojedynczych publikacji. Można żądać zdecydowanych działań wobec sprawców gróźb i przemocy, a zarazem domagać się niezależnej kontroli sądowej nad ograniczaniem dostępu do informacji. Można wreszcie uznawać potrzebę regulowania największych platform technologicznych, nie przyznając państwu prawa do arbitralnego decydowania o granicach publicznej dyskusji.

Ochrona dzieci i wolność internetu nie są wartościami, z których musimy wybrać tylko jedną. Odpowiedzialne państwo powinno potrafić chronić obie. To trudniejsze niż uchwalenie kolejnych zakazów, bo wymaga precyzyjnych przepisów, dobrego egzekwowania prawa, silnych instytucji i gotowości do rozliczania własnych błędów. Ale właśnie tego należałoby oczekiwać od prawodawców.

Nie trzeba cenzurować internetu, żeby chronić dzieci. Nie trzeba udawać, że wszystkie internetowe treści są bezpieczne, żeby bronić wolności słowa. Nie trzeba również rezygnować z nowoczesnych narzędzi walki z przestępczością, żeby wymagać od państwa przejrzystości i poszanowania praw obywatelskich.

Dzieci zasługują na bezpieczeństwo. Dorośli na wolność słowa. A wszyscy na prawo, które potrafi chronić jedno, nie niszcząc drugiego.

I przede wszystkim: nie wolno wycierać sobie ust dobrem dzieci za każdym razem, gdy pojawia się pomysł zwiększenia kontroli nad internetem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *