Fałszywe sklepy internetowe coraz rzadziej wyglądają jak fałszywe. Mają profesjonalne zdjęcia, płatności online, regulamin, opinie klientów, profile w mediach społecznościowych, a czasami nawet historię o „polskiej rodzinnej marce działającej od pokoleń”. Oszuści nauczyli się kopiować prawdziwe sklepy niemal jeden do jednego. Dlatego przy zakupach nie warto już zadawać sobie pytania: „czy ta strona wygląda wiarygodnie?”, lecz: „czy potrafię potwierdzić, kto naprawdę stoi za tym sklepem?”.
Jeszcze kilka lat temu fałszywy sklep można było często rozpoznać po kiepskim tłumaczeniu, rozpikselowanym logo i stronie wyglądającej tak, jakby powstała w kilkanaście minut. Dzisiaj stworzenie estetycznego sklepu internetowego jest banalnie proste, a skopiowanie wyglądu istniejącej marki nie wymaga szczególnych umiejętności technicznych. CERT Polska zwraca uwagę, że współczesne strony phishingowe mogą wizualnie praktycznie nie różnić się od oryginałów, dlatego sam wygląd witryny przestał być wiarygodnym kryterium oceny jej autentyczności.
Problem jest na tyle poważny, że UOKiK ostrzega nie tylko przed klasycznymi fałszywymi sklepami, w których po zapłacie nie otrzymamy niczego, ale również przed stronami podszywającymi się pod polskie marki oraz sklepami ukrywającymi rzeczywistego sprzedawcę i zagraniczny dropshipping. W lipcu 2025 r. urząd wskazywał, że konsumenci są kuszeni ogromnymi promocjami, opowieściami o lokalnych firmach czy likwidacji rodzinnego biznesu, podczas gdy faktyczna sprzedaż odbywa się niekiedy z Azji.
Nie ma jednego testu pozwalającego ze stuprocentową pewnością stwierdzić, że sklep jest oszustwem. Najskuteczniejsze jest szukanie kombinacji sygnałów ostrzegawczych. Jeden podejrzany element może być przypadkiem. Pięć występujących jednocześnie powinno już skłonić do zamknięcia strony.
1. Cena jest absurdalnie dobra
Najbardziej klasyczny wabik nadal działa znakomicie. Produkt kosztujący normalnie 1200 zł nagle pojawia się za 399 zł. Markowe buty przecenione są o 70 proc., elektronika kosztuje połowę ceny obowiązującej u wszystkich dużych sprzedawców, a niemal cały asortyment ma przekreśloną „starą cenę”.
Oczywiście duża promocja sama w sobie nie oznacza oszustwa. Problem zaczyna się wtedy, gdy wszystko jest okazją, szczególnie towary, których legalni sprzedawcy praktycznie nigdy nie przeceniają o kilkadziesiąt procent. CERT Polska wprost zaleca szczególną ostrożność wobec wyjątkowo korzystnych ofert oraz promocji ograniczonych czasowo, zwłaszcza gdy przeceniony jest cały sklep.
Warto wykonać prosty test: wpisać dokładną nazwę produktu w Google i porównać ceny w kilku znanych sklepach. Jeżeli większość rynku sprzedaje urządzenie za 1800–2000 zł, a nieznany sklep oferuje je za 699 zł, nie należy automatycznie uznawać tego za życiową okazję. To właśnie chciwość i strach przed utratą promocji mają wyłączyć ostrożność kupującego.
2. „Tylko dzisiaj”, licznik czasu i trzy osoby oglądają właśnie ten produkt
Fałszywe sklepy bardzo chętnie korzystają z tzw. dark patterns, czyli mechanizmów mających skłonić użytkownika do szybkiej decyzji. „Oferta kończy się za 09:42”, „ostatnia sztuka”, „17 osób kupiło w ciągu ostatniej godziny”, „Anna z Krakowa właśnie zamówiła ten produkt”.
Sam licznik oczywiście nie świadczy o oszustwie. Warto jednak odświeżyć stronę. Jeżeli dziesięciominutowa promocja po odświeżeniu ponownie ma dziesięć minut, nie obserwujemy rzeczywistej wyprzedaży, lecz element scenariusza sprzedażowego. UOKiK wymienia liczniki czasu, wyskakujące okna i inne formy presji jako sygnały, przy których konsument powinien zachować szczególną ostrożność.
Mechanizm jest prosty: oszust nie chce, żeby klient miał pięć minut na wpisanie nazwy sklepu do wyszukiwarki. Ma kliknąć „Kup teraz”, zanim zacznie sprawdzać.
3. Historia o likwidacji rodzinnego sklepu
To jeden z mocniej rozwijających się schematów. Reklama opowiada historię starszego małżeństwa zamykającego butik po 30 latach działalności, córki przejmującej rodzinny biznes, lokalnego jubilera przegrywającego z wielkimi sieciami albo małej polskiej marki proszącej o ostatnie wsparcie klientów.
W związku z „likwidacją” cały towar zostaje przeceniony o 50–80 proc.
UOKiK zwraca uwagę właśnie na reklamy wykorzystujące komunikaty o zamykaniu sklepu albo apelujące o wsparcie nowej czy lokalnej marki. Zdarza się, że witryna stylizowana na polski rodzinny biznes w rzeczywistości prowadzi do zakupu od przedsiębiorcy znajdującego się w Azji.
Nie oznacza to, że każda likwidacyjna wyprzedaż jest fałszywa. Jeżeli jednak emocjonalnej historii towarzyszy ogromna przecena, reklama z Facebooka i brak możliwości ustalenia danych firmy, mamy już kilka czerwonych flag jednocześnie.
4. Domena nie zgadza się z nazwą sklepu
Adres strony jest jednym z elementów, które warto sprawdzić zanim zaczniemy oglądać ofertę. CERT Polska podkreśla, że to właśnie analiza domeny jest jednym z najważniejszych sposobów wykrywania stron podszywających się pod prawdziwe serwisy.
Szczególnie podejrzane są literówki i dodatkowe znaki: zamiast znanasklep.pl pojawia się znany-sklep.pl, znanasklepp.pl albo adres zawierający nazwę prawdziwego sklepu jako jedynie fragment długiej domeny. Warto uważać również na nieoczekiwane rozszerzenia .top, .xyz, .lol czy podobne, choć – jak słusznie zaznacza UOKiK – zwykłe .pl lub .com absolutnie nie gwarantuje uczciwości sprzedawcy.
Oszuści często uruchamiają domenę na krótko, intensywnie reklamują sklep, zbierają płatności, po czym witryna znika. CERT Polska wskazuje, że złośliwe domeny są masowo rejestrowane, szybko wykorzystywane i następnie porzucane na rzecz nowych adresów.
5. Jest kłódka i HTTPS? To praktycznie niczego nie dowodzi
Jednym z najbardziej niebezpiecznych mitów dotyczących bezpieczeństwa zakupów jest przekonanie, że symbol kłódki oznacza „bezpieczny sklep”.
Nie oznacza.
HTTPS informuje przede wszystkim, że komunikacja pomiędzy przeglądarką a serwerem jest szyfrowana. Oszuści również mogą posiadać certyfikat SSL. CERT Polska wprost ostrzega, że kłódka przy adresie witryny nie jest gwarancją bezpiecznych zakupów.
Możemy zatem znaleźć się na perfekcyjnie zabezpieczonej technicznie stronie należącej do przestępcy. Połączenie będzie szyfrowane – tyle że pieniądze nadal trafią do oszusta.
6. Nie wiadomo, kto właściwie prowadzi sklep
To jeden z najważniejszych testów. Zejdź na dół strony i poszukaj danych przedsiębiorcy. Następnie zajrzyj do zakładek „Kontakt”, „Regulamin”, „Zwroty” oraz „Polityka prywatności”.
Powinniśmy być w stanie ustalić, z kim zawieramy umowę. Sama nazwa handlowa w rodzaju „Moda Warszawa”, „Kowalski Boutique” czy „Nordic Home” niewiele mówi. Istotna jest firma przedsiębiorcy, adres i dane pozwalające zweryfikować jego istnienie. Polskiego przedsiębiorcę można następnie sprawdzić w CEIDG albo KRS.
Brak adresu siedziby i niepełne dane kontaktowe UOKiK wskazuje wprost jako jeden z sygnałów ostrzegawczych.
Jeszcze bardziej podejrzana jest sytuacja, w której dane na stronie wzajemnie się wykluczają. W stopce widnieje jedna spółka, regulamin wymienia drugą, polityka prywatności trzecią, a płatność trafia do osoby fizycznej.
7. Regulamin wygląda jak skopiowany z innego sklepu
Oszuści wiedzą, że obecność regulaminu zwiększa wiarygodność strony. Dlatego często po prostu kopiują dokument z przypadkowego sklepu i zmieniają w nim kilka nazw.
Warto wyszukać w regulaminie nazwę sprzedawcy, adres, domenę i e-mail. Jeśli trafimy na inną nazwę sklepu, pozostawione fragmenty obcego regulaminu, różne dane spółek albo odwołania do zupełnie innego asortymentu, trudno mówić o zwykłym niedopatrzeniu.
UOKiK zalicza niejasne zapisy regulaminu do elementów wymagających zwiększonej czujności.
Jeszcze ciekawiej robi się, gdy sklep reklamuje się jako polski, a dopiero głęboko w regulaminie dowiadujemy się, że sprzedawcą jest spółka z Hongkongu lub Chin.
8. Polski butik, ale zwrot trzeba wysłać do Chin
Nie każdy taki sklep jest fałszywy. Może to być po prostu dropshipping. Problem pojawia się wtedy, gdy klient jest celowo przekonywany, że kupuje od polskiej marki, mimo że rzeczywistym sprzedawcą albo dostawcą jest podmiot azjatycki.
UOKiK ostrzega przed ukrytym dropshippingiem i przypadkami, w których dopiero podczas próby odstąpienia od umowy klient dowiaduje się, że towar trzeba odesłać do Azji na własny koszt.
Dlatego przed zakupem warto sprawdzić nie tylko siedzibę sklepu, ale również adres zwrotów i przewidywany czas dostawy. Jeżeli „polska marka z Łodzi” podaje termin 10–25 dni roboczych, jest to dobry moment na dokładniejsze przeczytanie regulaminu.
9. Kontakt istnieje tylko pozornie
Profesjonalnie wyglądająca zakładka „Kontakt” nie musi oznaczać, że z kimkolwiek można się skontaktować. Formularz może prowadzić donikąd, e-mail może być darmową skrzynką, a telefonu nie ma wcale.
CERT Polska zaleca zwrócenie uwagi m.in. na obecność numeru telefonu oraz możliwość zweryfikowania danych sprzedawcy w publicznych rejestrach.
Przy droższym zakupie z nieznanego sklepu można zrobić coś banalnego: zadzwonić. Nie trzeba nawet prowadzić długiej rozmowy. Sam fakt, że numer istnieje, odbiera go pracownik znający ofertę, a firma potrafi odpowiedzieć na pytanie dotyczące produktu, znacząco zmniejsza ryzyko.
Nie daje oczywiście stuprocentowej pewności. Jest po prostu kolejnym elementem układanki.
10. Opinie są podejrzanie idealne
Na stronie sklepu znajduje się 487 opinii i każda brzmi mniej więcej tak samo: „Super produkt!!! Polecam sklep!!! Szybka dostawa!!!”.
Opinie umieszczone na stronie sprzedawcy należy traktować wyłącznie pomocniczo. Właściciel serwisu kontroluje przecież to, co się na nim pojawia.
CERT radzi sprawdzać, czy recenzje nie wyglądają sztucznie, czy nie powstały w krótkim czasie oraz – co bardzo ważne – czy dotyczą dokładnie tej samej domeny.
To ostatnie ma ogromne znaczenie. Oszust może stworzyć sklep o nazwie prawie identycznej jak istniejąca marka. W Google zobaczymy wtedy tysiące pozytywnych opinii – tyle że dotyczących prawdziwego sklep.pl, podczas gdy zakupy robimy na sklep-polska.pl.
11. Reklama na Facebooku lub Instagramie udaje rekomendację
Samo pojawienie się reklamy na dużej platformie nie oznacza, że reklamodawca został zweryfikowany tak, jak bank weryfikuje klienta. Oszuści aktywnie wykorzystują płatne kampanie reklamowe właśnie dlatego, że reklama na znanej platformie zwiększa poczucie bezpieczeństwa użytkownika.
UOKiK wskazuje reklamy w mediach społecznościowych jako jeden z częstych sposobów, w jaki konsumenci trafiają na sklepy wysokiego ryzyka. Urząd prowadził również postępowanie wyjaśniające dotyczące mechanizmów publikacji takich reklam w systemach Meta i Google.
CERT Polska na początku 2026 r. opisywał przykładowo kampanię reklamową na Facebooku podszywającą się pod sklep SFD. Reklamy prowadziły do fałszywej strony oferującej produkty po absurdalnie niskich cenach.
Dlatego „znalazłem to w reklamie na Facebooku” nie powinno być argumentem przemawiającym za wiarygodnością sklepu.
12. Jedyną sensowną płatnością jest przelew
Metoda płatności jest ważnym elementem oceny ryzyka. CERT Polska zwraca uwagę, że fałszywe sklepy często nie oferują popularnych metod płatniczych albo nie pozwalają zapłacić przy odbiorze.
Brak pobrania sam w sobie absolutnie nie oznacza oszustwa. Mnóstwo uczciwych sklepów nie oferuje takiej usługi. Większą ostrożność warto jednak zachować, gdy nieznany sklep wymaga zwykłego przelewu na rachunek, a nie udostępnia żadnej znanej bramki płatniczej ani płatności kartą.
Karta ma przy tym istotną przewagę – w określonych przypadkach konsument może próbować odzyskać środki poprzez procedurę chargeback. UOKiK i CERT zalecają po oszustwie możliwie szybki kontakt z bankiem, szczególnie w przypadku płatności kartowej.
13. Płatność nagle przenosi na dziwną stronę
Nawet prawdziwie wyglądający sklep może być jedynie pierwszym etapem ataku. Klikamy „Zapłać”, wybieramy swój bank i trafiamy na ekran logowania niemal identyczny z prawdziwym.
W tym momencie trzeba ponownie spojrzeć na pasek adresu.
CERT ostrzega, że podanie danych logowania na fałszywej stronie płatniczej może prowadzić nie tylko do utraty wartości jednego zamówienia, ale nawet do przejęcia dostępu do rachunku. Szczególne znaczenie ma także dokładne czytanie komunikatów autoryzacyjnych w aplikacji bankowej – trzeba sprawdzić, jaką operację naprawdę zatwierdzamy.
Jeżeli próbujemy zapłacić 149 zł, a aplikacja bankowa prosi o zatwierdzenie dodania nowego odbiorcy, aktywacji usługi albo transakcji na inną kwotę, należy natychmiast przerwać operację.
14. Strona jest pełna dziwnych błędów językowych
Automatyczne tłumaczenia są dzisiaj znacznie lepsze niż kiedyś, dlatego ten red flag stracił część swojej wartości. Nadal jednak warto zwracać uwagę na konstrukcje wyglądające jak dosłowne tłumaczenia, pomieszane formy gramatyczne, inne waluty pojawiające się w regulaminie czy teksty typu „Dokonaj swój zakup bezpiecznie”.
UOKiK wymienia błędy językowe jako jeden z elementów charakterystycznych dla sklepów podwyższonego ryzyka.
Najbardziej podejrzane są nie pojedyncze literówki, lecz niespójność całej witryny: idealny język na stronie głównej i fatalny w regulaminie, polska marka i ceny wyrażone fragmentami w euro, polski kontakt i chińskie godziny pracy.
15. Firma i strona nie pozostawiają po sobie żadnego śladu
Jeśli sklep twierdzi, że „od 2012 roku ubiera tysiące Polek”, a Google nie zna go sprzed trzech tygodni, coś się nie zgadza.
Warto wyszukać nazwę przedsiębiorstwa, domenę, adres, numer telefonu i NIP. Można sprawdzić media społecznościowe i zobaczyć, czy profil faktycznie ma historię, czy może wszystkie posty opublikowano w ciągu ostatnich kilku dni.
Nowy sklep może być oczywiście całkowicie legalny. Nowa domena nie jest dowodem oszustwa. Jeżeli jednak rzekomo wieloletnia firma posiada świeży profil, brak niezależnych opinii, brak jakichkolwiek wcześniejszych wzmianek i ogromną „wyprzedaż likwidacyjną”, poszczególne czerwone flagi zaczynają układać się w logiczną całość.
Najważniejsze czerwone flagi fałszywego sklepu – szybka lista
Przed zapłatą szczególną ostrożność powinno wzbudzić połączenie kilku z poniższych sygnałów:
- cena znacznie niższa niż we wszystkich innych sklepach; niemal cały asortyment przeceniony o 50–80 proc.;
- reklama z Facebooka, Instagrama lub innej platformy prowadząca do wcześniej nieznanej marki;
- historia o likwidacji rodzinnego biznesu, „ostatnich dniach sklepu” albo konieczności wsparcia małego polskiego przedsiębiorcy;
- ciągle resetujące się liczniki, informacje o ostatnich sztukach i agresywne komunikaty wymuszające szybki zakup;
- domena z literówką, dodatkowym myślnikiem, dziwnym rozszerzeniem albo niepasująca do nazwy sklepu;
- brak pełnych danych sprzedawcy lub dane, których nie da się potwierdzić w CEIDG/KRS;
- brak telefonu, fikcyjny adres albo kontakt wyłącznie przez formularz;
- regulamin zawierający inną nazwę firmy lub wyglądający na skopiowany;
- polsko brzmiąca marka, ale zwroty kierowane do Chin lub innego odległego kraju;
- same pięciogwiazdkowe opinie, podobne teksty recenzji albo brak jakichkolwiek niezależnych opinii;
- jedyną dostępną metodą płatności jest zwykły przelew lub płatność prowadzi przez podejrzaną stronę;
- podczas płatności pojawia się domena niepasująca do banku lub operatora płatności;
- liczne błędy językowe i sprzeczne informacje w różnych częściach strony;
- sklep deklaruje wieloletnią historię, ale nie sposób znaleźć żadnego wcześniejszego śladu jego działalności;
- kilka z powyższych elementów występuje jednocześnie.
Jeden red flag to ostrzeżenie. Pięć to już odpowiedź
Największym błędem jest próba znalezienia jednego elementu, który definitywnie potwierdzi uczciwość sklepu. Oszuści doskonale wiedzą, czego konsumenci szukają. Mogą więc zamieścić regulamin, kłódkę SSL, numer telefonu, opinie i logo znanego operatora płatności. Każdy z tych elementów można skopiować lub spreparować.
Bezpieczeństwo polega dlatego na weryfikowaniu całego obrazu. Czy firma istnieje? Czy domena się zgadza? Czy cena ma sens? Czy dane w regulaminie są spójne? Czy sklep pozostawia ślad poza własną stroną? Czy sposób płatności wygląda normalnie? Czy reklama nie próbuje przede wszystkim zmusić nas do działania zanim zdążymy cokolwiek sprawdzić?
Jeżeli odpowiedzi zaczynają budzić wątpliwości, najlepszą metodą ochrony pieniędzy pozostaje najprostsza z możliwych: nie kupować. W internecie niemal zawsze istnieje drugi sklep oferujący ten sam produkt. Stracona „okazja” kosztuje znacznie mniej niż próba odzyskania pieniędzy od firmy, która nigdy nie istniała.
Co zrobić, jeśli już zapłaciłeś fałszywemu sklepowi?
Najważniejszy jest czas. CERT Polska zaleca niezwłoczny kontakt z bankiem lub dostawcą płatności, zgłoszenie niebezpiecznej strony do CERT Polska oraz zawiadomienie Policji. W przypadku transakcji kartowej warto zapytać bank o możliwość zastosowania procedury chargeback.
Podejrzaną domenę można również sprawdzić na prowadzonej przez CERT Polska Liście Ostrzeżeń przed niebezpiecznymi stronami. Trzeba jednak pamiętać, że brak domeny na liście nie jest certyfikatem uczciwości. Przestępcy stale tworzą nowe strony, a część z nich funkcjonuje bardzo krótko.
Dlatego najlepszym momentem na wykrycie fałszywego sklepu pozostaje chwila przed kliknięciem „Zapłać”.

