Zaczęło się od niewinnie wyglądającego filmu na TikToku i propozycji prostego dodatkowego zarobku. Praca miała polegać na pakowaniu gumek do włosów, materiały miały zostać dostarczone bezpłatnie, a po wykonaniu zlecenia gotowe paczki miał odebrać przedstawiciel firmy.

Zamiast dodatkowego dochodu mieszkanka powiatu gostyńskiego straciła jednak ponad 97 tys. zł. To bardzo charakterystyczny przykład tzw. task scamu – oszustwa, w którym ofiara początkowo wykonuje banalne zadania, obserwuje rosnące „saldo”, a później sama wpłaca coraz większe pieniądze w nadziei na ich odzyskanie.

Oferta pracy na TikToku. 1000 gumek do zapakowania

Jak informuje Komenda Powiatowa Policji w Gostyniu, kobieta trafiła na TikToku na film przedstawiający możliwość zarabiania poprzez pakowanie gumek do włosów. Po kliknięciu została przekierowana do WhatsAppa, gdzie przedstawiono jej szczegóły rzekomej pracy. Miała bezpłatnie otrzymać 1000 gumek, zapakować je, a następnie przekazać gotowe produkty przedstawicielowi firmy. Wynagrodzenie miało zostać wypłacone po wykonaniu zadania.

Rozmowa została następnie przeniesiona na Telegram. Tam pojawiła się propozycja dodatkowego płatnego zajęcia. Według lokalnych mediów ofiarą była 28-letnia mieszkanka powiatu gostyńskiego, która zgłosiła oszustwo policji 25 września.

To ważny element całego mechanizmu. Oszuści nie zaczęli od prośby o przesłanie kilkudziesięciu tysięcy złotych. Najpierw zaoferowali coś, co mogło wyglądać jak zwyczajna praca chałupnicza. Dopiero później stopniowo wprowadzali kolejne „zadania”.

Najpierw polubienia produktów. Potem trzeba było już płacić

Kobiecie polecono założenie konta na platformie Amazon Handmade. Pierwszych siedem zadań miało polegać na polubieniu wskazanych produktów i przesłaniu zrzutów ekranu potwierdzających wykonanie polecenia. Za ich realizację miała otrzymać 30 zł.

Ósme zadanie było już inne. Należało kupić wskazany produkt. Pierwszym była spódnica kosztująca 500 zł. Po dokonaniu płatności na wirtualnym saldzie pojawiło się 500 zł oraz dodatkowe 150 zł rzekomego zarobku. Dla ofiary mogło to wyglądać jak dowód na to, że system rzeczywiście działa.

Później pojawiały się następne zakupy – za 70 zł, 90 zł, 1300 zł i 2500 zł. W pewnym momencie kobieta miała kupić dwie sztuki jednego produktu, ale kupiła tylko jedną. Wtedy dowiedziała się, że popełniła błąd, a jej konto zostało zablokowane. Rozpoczął się kolejny etap oszustwa: płacenie za możliwość odzyskania pieniędzy.

10 tys., 7 tys., 5 tys. zł. Każda wpłata miała być już ostatnia

Aby „odblokować konto”, kobieta miała wpłacić najpierw 10 tys. zł, później 7 tys. zł i kolejne 5 tys. zł. Następnie pojawiały się żądania przelewów w wysokości 1500 zł, 3000 zł i 500 zł. Część pieniędzy była przesyłana przez aplikację Remitly na wskazany numer telefonu, z wybranym jako kraj odbiorcy państwem Kenia. Wykonywane były również przelewy bankowe i płatności na numery telefonów.

Schemat był zawsze podobny: po spełnieniu jednego warunku pojawiał się następny. Pieniądze były już rzekomo dostępne, ale trzeba było uiścić jeszcze jedną opłatę. Konto miało być odblokowane, ale wymagana była jeszcze dodatkowa weryfikacja. Wypłata miała być możliwa, ale wcześniej należało wykonać kolejną transakcję.

W pewnym momencie rzekomy dział techniczny polecił kobiecie przeprowadzenie testowej transakcji na 300 zł. Kiedy później wypłaciła 300 zł, usłyszała, że popełniła kolejny błąd – powinna była wypłacić całość. Konto ponownie zostało „zamrożone”.

Tym razem jego odblokowanie miało kosztować równowartość 70 proc. zgromadzonego salda, czyli ponad 21 tys. zł. Nawet po tej wpłacie żądania się nie skończyły. Pojawiły się kolejne opłaty, także w obcej walucie. Łączna strata przekroczyła 97 tys. zł.

Dlaczego ktoś wpłaca kolejne pieniądze, skoro już stracił tak dużo?

Z perspektywy osoby czytającej tę historię po fakcie łatwo zadać pytanie, dlaczego ofiara nie przerwała kontaktu po pierwszym żądaniu większego przelewu. Właśnie na tym jednak polega konstrukcja podobnych oszustw.

Przestępcy najpierw budują wiarygodność. Ofiara wykonuje proste zadanie, widzi naliczoną nagrodę, czasami może nawet wypłacić niewielką kwotę. Kolejna wpłata nie jest przedstawiana jako strata, lecz jako chwilowa blokada środków albo inwestycja konieczna do odzyskania większej sumy. Im więcej pieniędzy człowiek już wpłacił, tym trudniej zaakceptować, że wszystko przepadło. Pojawia się naturalna pokusa, by dopłacić „ostatnie” kilka tysięcy i odzyskać wcześniejsze kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy.

Problem w tym, że ostatniej wpłaty nie ma. Każdy przelew potwierdza oszustom jedynie, że ofiara wciąż jest gotowa płacić.

To nie była praca. To był klasyczny task scam

Pakowanie gumek do włosów było w tym przypadku jedynie przynętą. Podobny scenariusz może zaczynać się od skręcania długopisów, składania produktów, wystawiania opinii, lajkowania filmów, oglądania reklam, oceniania hoteli czy „optymalizacji” ofert w sklepie internetowym.

Charakterystyczne jest przenoszenie rozmowy z popularnego serwisu społecznościowego do komunikatorów takich jak WhatsApp czy Telegram, obietnica łatwego zarobku bez większych kwalifikacji oraz stopniowe przechodzenie od bezpłatnych zadań do operacji wymagających wpłacania własnych pieniędzy.

Najważniejsza zasada jest bardzo prosta: pracownik otrzymuje pieniądze za pracę. Nie wpłaca pracodawcy tysięcy złotych po to, aby móc otrzymać wynagrodzenie. Żądanie zakupu produktów, zasilenia salda, opłacenia „odblokowania konta”, podniesienia poziomu wiarygodności czy wniesienia kaucji pozwalającej wypłacić już zarobione środki powinno natychmiast zapalić czerwoną lampkę.

Fałszywe saldo nie oznacza, że pieniądze istnieją

W podobnych oszustwach szczególnie niebezpieczne jest wyświetlanie ofierze rosnącej kwoty na ekranie. Widok 20, 30 czy 40 tys. zł może sprawiać wrażenie, że pieniądze rzeczywiście znajdują się na koncie i wystarczy wykonać jeszcze jeden krok, aby je wypłacić.

Tymczasem liczba wyświetlana w panelu kontrolowanym przez przestępców może być całkowicie fikcyjna. Oszuści mogą dopisać do niej dowolną kwotę, naliczyć fikcyjny „zysk”, a następnie poinformować, że do wypłaty konieczna jest opłata podatkowa, prowizja, depozyt zabezpieczający albo ponowna weryfikacja.

Historia z powiatu gostyńskiego pokazuje, jak od zwykłego filmu o pakowaniu gumek do włosów można w stosunkowo krótkim czasie przejść do przelewów liczonych w dziesiątkach tysięcy złotych. Właśnie dlatego przy ofertach łatwej pracy znalezionych na TikToku, Facebooku, Instagramie czy w komunikatorach warto przede wszystkim sprawdzić, kto rzeczywiście oferuje zatrudnienie. A gdy „pracodawca” zaczyna domagać się wpłacania własnych pieniędzy – najlepszym zadaniem do wykonania jest zakończenie rozmowy.


Źródło: KPP Gostyń

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *